Żywa książka

Żywa książka to projekt jaki rozpoczęliśmy z pasji do książek. Mało nam było je sprzedawać, my chcieliśmy jeszcze je pisać! Raz w tygodniu każda z księgarń pisze odcinek na podstawie już napisanych. Akcja rozwija się i wszyscy jesteśmy podekscytowani: niektóre odcinki są wyśmienite! Już wkrótce oddamy pióra w Wasze ręce i każdy będzie mógł dopisać swoje 3 grosze. Dla wybranych nagrody książkowe. Póki co zapraszamy do przeczytania tego co jest i rozpoczęcia przygody pisarskiej już wkrótce!

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 1
16 maja 2015
0

Najmłodszym synem starej Ociepki był Bronek. Bronek był niski, gruby i cały w piegach, trochę nieśmiały i trochę gapowaty, poza tym raczej grzeczny i uczynny. Był też, jak cała rodzina Ociepków, bardzo religijny. Służył do mszy w każdą niedzielę i święta. Z nikim specjalnie się nie przyjaźnił, ale odludkiem nie był.
Do czasu.
Najczarniejszym dniem w życiu Bronka był wtorek. Zimny, pochmurny, marcowy wtorek.
Wtorek, który zmienił jego życie. Paskudny, przedwielkanocny wtorek. We wtorek Bronek usłyszal jej głos.
Eufrozyna.- nie wiedzial skąd znal jej imię.
Imiona przychodzą i odchodzą wraz z ludźmi, lecz to przywarło doń jak wesz, jak narzucająca się kobieta. Ale czy Eufrozyna była kobietą?

Żywa książka
„Mól” – Żywa książa, Rozdział 2 – Zamość
16 maja 2015
0

Ta myśl nie dawała mu spokoju. Co noc męczył go ten sam sen, biegł w ciemności jakby przed czymś uciekał, wokoło mgła i ciemność, a w uszach przeciągły szept – Eufrooozzzyyyyna. Tej feralnej wtorkowej nocy, szept przerodził się w rozdzierający krzyk. Tego było za wiele. Musiał coś z tym zrobić, tak dalej nie mógł żyć.W nocy nie mógł spać, a w dzień rozmyślał. Brakowało mu chęci na spotkania z chłopakami z wioski. Jak każdy Ociepka wierzył w nieczystego. Bał się, że jakieś złe przyczepiło się do niego i chce zawładnąć jego biedną chłopską duszą. Mimo ciążących na nim porannych obowiązków porzucił pracę i niezauważony przez nikogo udał się do jedynej osoby, która mogła mu pomóc. Zmagając się z szalejącym wiatrem, skierował się w stronę żwirowej ścieżki. Minął kościół i rozpoczął mozolną wspinaczkę po stromej ścieżce. Był tak skupiony na swoim nieszczęściu, że nie zauważył kałuży, w którą wdepnął. Zziajany i dodatkowo ubłocony stanął nareszcie przed furtą plebani. Długo czekał nim otworzył mu stary odźwierny Bonifacjusz. Jego wygląd nie napawał nadzieją odwiedzających plebana. Strzecha przyprószona siwizną, byle jakie łachmany i ta przerażająca blizna na prawym policzku nadawały mu charakter rzezimieszka a nie sługi. Starzec poprowadził go dobrze znaną drogą.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 3 – Poznań
28 maja 2015
0

Proboszcz, zażywny jegomość o małych oczach, wciąż pocierający czerwone dłonie, przywitał go uśmiechem kwaśnym jak mszalne wino, stojące na starym blacie, wyraźnie umniejszone o jedną szklankę.
-Broniu, mój synu – westchnął cicho duchowny – Dziś nie służysz, czego szukasz w domu Ojca?
Bronek wlepił wzrok w swoje podniszczone trampki i niespecjalnie potrafił oblec w słowa dręczące go myśli. Gorączkowo usiłował wyartykułować choćby powitanie, ale był w stanie jedynie mocniej i mocniej wytrzeszczać oczy, bielą odcinające się od rumieniącej się bardziej z każdą chwilą twarzy. – Dalejże, gały wybałuszasz, a jam przed triduum jeszcze biskupiego listu nie czytał, dziecko! – Zniecierpliwił się kapłan – Mówże, coś przeskrobał?
Najmłodszy Ociepka nabrał głęboko powietrza, zamrugał szybko i patrząc na zdjęcie ojca Pio, przytwierdzone pinezką do gierkowskiej szafki, jakby brodata twarz miała dodać mu otuchy, wydukał niezrozumiałe sylaby – Eufrozyna…
– A co to, święci Pańscy, niby jest?!
– Nie jestem pewien – stropił się Bronek – Kobieta taka, myślę.
– No, uspokój się, panienkę jaką poznałeś, ha? – Zaryzykował proboszcz, usiłując przypomnieć sobie, czy którakolwiek z chrzczonych jego ręką dziewczynek, została skrzywdzona nietypowym mianem. Z pomocą w rozmyślaniach miała przyjść kolejna ranna szklanka, skoro wino pomaga przy kazaniach, z tym matołkiem też sobie poradzi.
– Nie, ojcze dobrodzieju – Bronek znów spuścił oczy – To samo tak, w głowie mi syczy, nie wiem, co to… – Ksiądz przewrócił oczami, dzieciak nawet nie wie, o co mu chodzi.
– Co ty, Broniu, sobie roisz, gdzieś posłyszałeś imię i teraz ci na język się pcha, leć ty do Walkowiakowej, dowiedz się, co to znaczy, wtedy wrócić możesz! – Stanowczo stwierdził proboszcz, zrzucając część odpowiedzialności na emerytowaną nauczycielkę. Przynajmniej do końca butelki nie wróci, pomyślał uspokojony, patrząc jak nieporadnie truchta do furty jego własny ministrant.
Walkowiakowa uczyła w pobliskim miasteczku aż do zamknięcia podstawówki, udało jej się zdobyć rentę, a z czasem zasiadła w swoim fotelu jako nobliwa emerytka. Wiedziała wiele o świecie, nie tylko dzięki ciągłemu popatrywaniu przez okna niskiego parteru, ale też dzięki najbogatszej chyba, bo kilkunastoksiążkowej, biblioteczce w całej wsi. Znała się ze starą Ociepką z kościoła, więc pospieszyła jej synowi z pomocą i dość szybko, z pewnością szybciej, niż proboszcz sobie tego życzył, zlokalizowała kłopotliwe imię w „Mitologii” Parandowskiego, prezencie od rodziców klas pierwszych, po ćwierćwieczu wciąż w niezłym stanie, co książka zawdzięczała absolutnie żadnemu użytkowaniu.
-Eufrozyne, bo to się tak pisało, Ociepka, to jedna z pań, co się wdzięczy i Zeusowi wino leje, a Afrodytę upiększa i Dionizosa, tego od wina, ma w sercu – streściła odpowiedni ustęp Bronkowi, w żadnym stopniu nie rozwiewając jego wątpliwości.
Wiedza nie jest równoznaczna zrozumieniu, pomyślałby Bronek, gdyby potrafił formułować takie wnioski i bogatszy o starożytne podanie, pognał do plebana w górę asfaltówki, powoli łącząc w głowie greckich bogów z lichem, przed którym strzec kazała mu się jeszcze babka, Panie świeć nad jej duszą.
Mijając dawny ge-es, zdążył krzyknąć do siedzącego na ławce przed nim ojca, że pędzi do księdza, bo już wie, że chodziło o Afrodytę i wino bogów, wprowadzając małorolnego Ociepkę w stan konsternacji znany mu jedynie z lektury urzędowych pism i bankowych ponagleń.
Ze stołu zniknęła już butelka mszalniaka, ale wyraz twarzy proboszcza nie wskazywał, by zziajany po morderczym dla siebie biegu Bronek, wnosił radość do życia sługi Bożego. Ośmielony pozyskanymi faktami, opowiedział chaotycznie o odkryciach Walkowiakowej i wyczekująco spojrzał w mrużące się oczy plebana.
– To ci po łbie chodzi, nieboraku! – Huknął po chwili ksiądz. – Wenera jakaś, wińsko, a rok po bierzmowaniu jesteś. O grzechach tu się rozwodzisz, takie pacholę, jak matce przed Wielką Nocą w twarz chcesz spojrzeć?! – Używał teraz swojego spowiedniczego tonu, a lata praktyki wywołały pożądany efekt: Bronek skulił się w sobie. – Ja z twoją matką pomówię, co cię od Boga odciąga, to jakieś diabelskie nawoływanie jest! – Cedził głębokim głosem słowa, nie dając Bronkowi możliwości wytłumaczenia się, czy choćby zadania najważniejszego pytania: co to tak naprawdę znaczy?
Nim w południe zabrzmiał dzwon, wprawiony w ruch silną ręką Bonifacjusza, Bronek siedział w swojej szkolnej ławie, wiedząc, że kiedy lekcje w drugiej, popołudniowej zmianie się skończą, a on wróci starym jelczem do wsi, właśnie przez ten wzywający na środową mszę dźwięk, jego matka już znać będzie o nim prawdę. Choć nigdy nie pił i nigdy nie zaznał ust kobiety, jest pijakiem i grzesznym rozpustnikiem!

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 4 – Wrocław
28 maja 2015
0

Bronek powolnym krokiem zmierzał w stronę starego jelcza, uginając się pod ciężarem trzymanych w rękach podręczników pochodzących z lokalnej biblioteki, zabazgranych niewyraźnym pismem kartek i innych pomocy naukowych.
„Nie mogli nam odpuścić, nawet na święta” – pomyślał, zezując jednocześnie przed siebie, żeby nie wpaść w rozsiane po całym placu kałuże. Gdy w końcu zdołał, dzięki nadludzkiemu wysiłkowi, dotrzeć do drzwi kierowcy, zwinnym ruchem (co było niebywałym wyczynem, zważywszy na jego sylwetkę) szarpnął ręką za klamkę, balansując jednocześnie stosem papierów w drugiej niczym rasowy cyrkowiec, po czym zgrabnym rzutem posłał balast na miejsce pasażera. Dumny z siebie i swoich umiejętności wdrapał się do kabiny, odpalił (za trzecim razem) silnik i pognał niczym wiatr w stronę rodzinnej wsi.
Tego wieczoru droga była nad wyraz pusta. Z reguły kiedy wracał o tej porze z zajęć musiał bacznie przyglądać się drodze, gdyż – po pierwsze, nie miał prawa jazdy (mieszkańcom wsi nigdy to nie przeszkadzało, wszak każdy chłopowina od małego spędzał czas na wspólnych pracach w polu pod czujnym okiem ojca, gdzie nabywał tejże, bardzo ważnej dla każdego mężczyzny, umiejętności), a po drugie – droga do wsi pełna była ostrych zakrętów, które dziwnym trafem umiłowała sobie grupa młodocianych mieszczuchów, urządzających w tych rejonach nielegalne wyścigi, które, prócz wzajemnego udowadniania sobie zależności, jakoby szybkość pojazdu miała bezpośrednie przełożenie na długość posiadanego przyrodzenia, miały również na celu imponowanie lokalnym samicom. Mimo wszystko Bronek zazdrościł chłopakom (lokalnych samic, nie przyrodzenia), gdyż w jego otoczeniu jedyną kobietą przyciągającą uwagę mężczyzn była Pani Euzebia, właścicielka jedynego sklepu wielobranżowego w promieniu 10 kilometrów. Pani Euzebia była lekko po czterdziestce, wyglądała na góra trzydzieści lat, a temperamentu i… wymiarów mogły jej pozazdrościć niektóre nastolatki.
Gdy Bronek wspominał w myślach ostatnią wizytę w sklepie, nad jego jelczem zaczęły zbierać się kłębiaste chmury.
„Cumulonimbus capillatus” – pomyślał, przypominając sobie ostatnie 2 godziny lekcji. „A jednak geografia może się do czegoś przydać, ciekawe czy będę mógł kiedyś zaimponować tą wiedzą którejś z kobiet?”
Wtem w jego głowie znów zabrzmiał znajomy głos, tym razem jednak cichszy, jakby delikatniejszy:
– Eufrozyna…
Wysoko, wysoko nad Bronkiem rozległ się potężny grzmot.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 5 – Olsztyn
9 czerwca 2015
0

Nim młody Ociepka dotarł do domu ulewa rozszalała się nie na żarty. Sfatygowane wycieraczki jelcza z drażniącym uszy piskiem ściągały z przedniej szyby wściekłe ataki nawałnicy. Bronek starał się jechać ostrożnie, zbyt dobrze pamiętał jak łońskiego roku syn starej Naradkowej zginął tragicznie kiedy furmanka, którą wiózł cebulę wpadła w poślizg i przygniotła go. Przydrożny krzyż stał gdzieś tam, jednak młody Ociepka nie wiedział czy już go mijał czy jeszcze nie. W ogóle chłopak prowadził mechanicznie, prawie bez udziału woli. W jego myślach ciągle i wciąż jakiś cichy głos powtarzał jedno imię: – Eufrozyna… – Jakiż to zły duch albo inne licho szepcze mi do ucha to imię? Była by to prawda, że sam Zły siedzi mi za kołnierzem i pcha wprost w piekielne otchłanie?- Bronek wzdrygnął się na samą myśl huczących płomieni i jęku potępionych. Momentalnie przyszło mu do głowy wszystko co wieczorami opowiadała mu jego babka, świeć Panie nad jej duszą, a były to historie pełne strachu i ostrzeżeń. Chłopak bał się babki, gdyż słowa nagany i wezwania do nawrócenia często gościły na jej ustach. „Święta kobieta”- mawiały o niej sąsiadki i właściwie nie była to przesada. W kościele i na wszystkich uroczystościach religijnych miejsce babci Bronka było zawsze tuż przy księdzu. Było w tym coś magicznego, że pojawiała się nagle, jakby znikąd i to zawsze dokładnie w tym samym miejscu. Zawsze z tym samym rozmodlonym wyrazem twarzy, usłużnym przygarbieniem i pękiem różańców na chudych nadgarstkach. Niektórzy mówili, że żywi się jeno źródlaną wodą i czerstwym chlebem i modli się częściej niż oddycha. Bronek osobiście bardzo mocno wątpił w to pierwsze, gdyż babka nie miała własnych zębów a poza tym, to co leciało z kranu w kuchni niewiele miało wspólnego z wodą nawet w ogólnym pojęciu, nie wspominając już o wodzie źródlanej. Niemniej chłopak był pewien, że co jak co, ale wznoszenie modłów było jedynym zajęciem, któremu z wielkim upodobaniem i żarliwością oddawała się nestorka rodu Ociepków. W chwilach, kiedy się nie modliła, przywoływała do swojego pokoju na stryszku swoje wnuczęta i z zapałem misjonarza krzewiła w ich młodych duszach nauki Jezusa i zwykłe mądrości życiowe, które miała zapisane w starym zeszycie. Zeszyt ów, przechowywała w skrzyneczce, która zawsze stała w nogach jej łóżka albo raczej pryczy, na której czasem zasypiała. Po śmierci babki skrzyneczka została tam gdzie zawsze, gdyż była na głucho zamknięta i z tego względu nie nadawała się do niczego. – Może tam znajdę odpowiedź skąd biorą się te głosy w mojej głowie?- pomyślał Bronek, zmniejszając prędkość bo oto wjeżdżał już na rozmokłe podwórze rezydencji rodziny Ociepków. Chłopak wiedział, że jego rodzice od śmierci babki bardzo pilnie i starannie poszukiwali klucza do skrzynki. Krążyły słuchy o jakowychś skarbach tam schowanych. Mimo kilkukrotnego przetrząśnięcia domu wraz z budynkami gospodarczymi po kluczu nie było ani śladu. Jednak młody Ociepka się tym nie przejmował, gdyż doskonale wiedział, gdzie znajduje się klucz do babcinej skrzyneczki. Jedyne co musiał teraz zrobić, to niepostrzeżenie wejść na stryszek, do pokoju babki.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 6 – Bydgoszcz
9 czerwca 2015
0

Już pędząc piaszczystą drogą stwierdził, że jest ktoś, z kim powinien i chce się podzielić tą tajemnicą – czemuż na to wcześniej nie wpadł, powinien najpierw udać się do Napoleona, on na pewno nie zbyłby go tak jak Wielebny.
Gdy weszli wieczorem na strych Napoleon wydał z siebie głośne westchnienie –
– ach czuję że to coś znacznie poważniejszego niż sekretna szkatułka z pismami dla kobiet – powiedział z uśmiechem – mniemam że nie posiadasz klucza – dodał podnosząc skrzynie i rzucając nią o drewnianą posadzkę.
– Nie mam, ale będę miał… dobrze znam babcię – odparł dumny z siebie Bronek.
– Czyżby?- mruknął Napoleon dotykając ornamentów na wieku- wiesz cieszę się że to mnie poprosiłeś o pomoc a nie kogoś innego …mnie klecha nie lubi…
– Zgadnij czemu- mruknął Ociepka usiłując przenieść starą chrzcielnicę- dzwonisz do niego w środku nocy z jedynego telefonu we wsi i gadasz wspak, nic dziwnego że..
-Toć to żarty…- sprostował Napoleon ze śmiechem, a Bronek patrzył na najlepszego przyjaciela przypominając sobie dzień gdy po raz pierwszy się spotkali przy dużej kałuży i tworzyli flotę z patyków i liści tworząc nową alternatywną historię Napoleona. Razem patrzyli teraz na chrzcielnicę. Młody Ociepka wiedział że nie stoi tu przypadkiem… czemu dopiero teraz uznał, że niesie za sobą jakąś wskazówkę?
Sam nie wiem…- pomyślał wyjmując z pomiędzy pajęczyn klucz.
Przekręcił go czując woń papierosowego dymu – Napoleon zaciągnął się i z enigmatycznym uśmiechem otworzył wieko.
Zeszyty- pomyślał Bronek, ale od razu jeden z nich przykuł ich uwagę, a Napoleon jakby czytając w myślach przyjaciela pochwycił krwistoczerwony notatnik. Gdy go otworzył ich oczom ukazała się mapa, której szlaki były wypukłe a napisy zdobione.
-Droga do chaty …-przeczytał Bronek czując dreszcz.
-No nie… twoja babka miała charakterek widzę- ekscytował się przyjaciel wertując kartki z miną nieskalaną myślą- ale o co tu chodzi Bronek?
Napisy były duże, wypisane czarnym jak noc piórem.
– Myślę, że musimy pójść tym szlakiem- dodał a widząc moją minę trącił w ramię przyjaciela – punkt pierwszy-to że tu jesteś nie jest przypadkiem jak i to, punkt drugi ,że ty to znalazłeś i punkt trzeci ma związek z …z tym co słyszysz, a punkt czwarty – jutro mamy klasówkę z matematyki i zebranie z wykazem ocen na koniec roku więc to powinien być decydujący powód, dla którego już jutro ruszymy w drogę, no i weźmy Helenę i najlepiej już teraz zacznijmy się pakować , należy….
– Napoleon stop, muszę pomyśleć!
Bronek wcale jednak nie potrzebował namysłu. Miał dość tego miejsca i ciągłych sąsiedzkich kłótni, dość udawania świętego i dość bycia pośmiewiskiem. Napoleon miał rację to był znak by coś zmienić, gdziekolwiek to ich doprowadzi.
– Musimy wziąć Helenę!!- krzyknął Napoleon wstając z podłogi, a był tak wysoki, że zerwał przy tym połowę pajęczyn. Widząc zdezorientowaną minę Ociepki przewrócił oczyma – przyda się Płeć Piękna w naszej drużynie, poza tym Helena zawsze ma przy sobie nóż, gaz i butonierkę więc nie ma co się zastanawiać!- niemal krzyknął ciągnąc przyjaciela na ogród porośnięty winoroślą i jabłoniami.
Umówili się o świcie na rozstaju dróg gdzie stał pomnik świętego Krzysztofa bez głowy. Bronek czekał z Heleną, która zjawiła się grubo przed czasem a Napoleon pogwizdując szedł w ich kierunku. Widząc kompanów zatarł ręce i wyciągnął mapę.
– Na południe- odparła ochrypłym głosem Helena.
Dziwnie to brzmiało – ona rzadko się odzywała- pomyślał Bronek bacznie ją obserwując.
Tak też zrobili – szli na południe polami mijając kolejne i kolejne upiorne strachy na wróble. Napoleon gwizdał , Helena paliła fajkę, a Bronek odmawiał modlitwy do anioła stróża.
Oczywiście ucichli w momencie gdy uznali, że nie znają tych terenów, aczkolwiek wokół nich rozciągało się nic innego tylko puste pola, polany i łąki. Ciszę mącił jedynie szelest stóp i oddechy wmieszane w gęstniejące powietrze.
– Coś czuję, że zbliżamy się do jakiś bagien – przerwał Napoleon gdy Bronek zaczął wygłaszać swoje oświadczenie pt. żadnego straszenia siebie nawzajem.
– Dopiero teraz zaczyna się przygoda! – odrzekła Helena swym miarowym, niczym nie wzruszonym, ochrypłym głosem.
– Niebawem dojdziemy do lasu- ostrzegł Bronek gdy weszli na następna polanę ,mając ukrytą nadzieję, że zapadnie decyzja powrotu, jednak kompani go zignorowali…
Napoleon podniósł rękę dając znak stop bowiem kroczyli przez mgłę…
-Ktoś idzie- syknął Napoleon przez co Bronek czuł jak wali mu serce, a Helena wytężyła wzrok.
– Halo, dzień dobry, witamy!- krzyknęła akurat w momencie gdy ich oczom ukazała się wysoka postać w płaszczu i cylindrze przez co Ociepka jęknął pod nosem.
Helena jednak nie okazywała strachu podczas gdy Napoleon z szeroko otwartymi oczyma patrzył przed siebie.
-DOKĄD IDZIESZ? – usłyszeli męski skandujący głos, a dziwny sposób w jaki to powiedział wywołał w nich lęk.
Tajemniczy nieznajomy minął ich dwukrotnie cedząc te słowa gdy oni stali bez ruchu.
„Widział ktoś twarz?” „Słyszeliście ten dziwny głos?” „Co to niby było?” – szeptali i niemal równo się odwrócili.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 7 – Kielce
9 czerwca 2015
0

Spotkanie z tajemniczym nieznajomym wywołało gęsią skórkę na ciele Bronka. Wraz z przyjaciółmi stał pośród gęstej mgły i zastanawiał się, czy nie zawrócić. W ręku mocno ściskał zagadkową mapę, kiedy Napoleon złowrogo zagwizdał. Helena podniosła rękę wysoko w górę. Ponad mgłą widniały czubki smukłych drzew. Przed nimi rozpościerał się iglasty las spowity mrokiem. Bronek wygrzebał z plecaka latarkę i ruszyli naprzód. Im wchodzili głębiej, tym bardziej utwierdzali się w przekonaniu, że nie byli sami. Wokół panowała głucha cisza, lecz momentami rozlegał się upiorny kobiecy śmiech…
-Co to?- pytała raz po raz Helena, trzymając w pogotowiu gaz łzawiący.
-Wyobraźnia…- mruknął posępnie Napoleon, rozglądając się dookoła. Zdawało mu się, że w ciemności kryją się straszydła i maszkary. Że rozłożyste świerki dają schronienie nocnym koszmarom i urzeczywistniają jego lęki.
-Na babcinej mapie jest jakiś punkt- powiedział Bronek, rozkładając plan.- Całkiem niedaleko…
-Pokaż!- zawołał podekscytowany Napoleon.
Bronek chciał podać mapę przyjacielowi, gdy ni stąd ni zowąd nadleciał smolisty kruk i porwał ich własność.
-A niech to!-krzyknął Napoleon po czym zerwał się z miejsca i pognał za ptasim złodziejem, lecz bieg w ciemnościach nie wyszedł mu na dobre i już po kilkudziesięciu metrach stracił grunt pod nogami. Z impetem stoczył się ze stromego urwiska, czego rezultatem były liczne siniaki i zadrapania. Bronek i Helena pędzili za nim, oświetlając drogę latarką, jednak tuż przed urwiskiem skręcili, dostrzegając czarnego kruka siedzącego na pobliskim drzewie. W jego dziobie tkwiła mapa.
-Takie rzeczy dzieją się tylko w bajkach- skomentowała swym ochrypłym głosem Helena.
-Biegnij Niewiasto Biegnij!-odparł dobitnie Ociepka.
Ptak poderwał się do lotu. Helena ledwo dotrzymywała kroku Bronkowi, który mimo swojej tuszy i niezbyt długich nóg okazał się znamienitym biegaczem.
Nagle ich oczom ukazały się rozległe bagna porośnięte bujną roślinnością. W pobliżu unosiły się dziesiątki świetlików i zapach drażniący nozdrza. Bronek przyświecił latarką, szukając bezpiecznej drogi, lecz wtem poczuł, jakby przemykała tuż koło niego jakaś postać. Byli jednak sami…
Niespodziewanie posłyszeli niewyraźny szept dobiegający gdzieś z bagien. Przypominał zaklinania szamanów, klątwy rzucane przez wiedźmy lub modły mnichów. Strwożony Bronek uczynił kilka kroków naprzód, lecz nagle upadł twarzą na ziemię, potykając się o wystający korzeń. Podniósł umazaną błotem twarz, a wtedy dostrzegł leżącą pod wielkim drzewem mapę. Zerwał się na równe nogi i ruszył odzyskać własność.
Pomiędzy świerkami rósł olbrzymi klon, na którego korze wyryto jakiś napis. Przeczytawszy go Bronek wytrzeszczył ze zdumienia oczy i milczał. Nie był w stanie wydobyć z siebie ani słowa, więc jedynie jęknął. Helena przystanęła obok niego.
Wyryty scyzorykiem napis głosił Eufrozyna 1939.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 8 – Kielce 2
9 czerwca 2015
0

Bronek i Helena, nic nie mówiąc, przez dłuższą chwilę zerkali to na wyryty na korze drzewa napis, to na siebie, jakby upewniając się, że widzą dokładnie to samo. Z odrętwienia wyrwał ich nagły krzyk Napoleona:
– no macie ją w końcu czy nie? – zapytał raz jeszcze Napoleon,
– Eufrozynę? – bez emocji zapytał Bronek,
– mapę Ociepku, mapę! Prawie sobie nogi połamałem, żeby tego ptaka dorwać, teraz nie możemy odpuścić, musimy znaleźć to miejsce na mapie, coraz mocniej wierzę w to, że ono istnieje naprawdę i …co z Wami? – krzyknął Napoleon spoglądając na Helenę, na zabłoconą twarz Bronka, i w końcu na mapę, którą jego towarzysz zaciskał w dłoni.
Teraz cała trójka stała pod ogromnym klonem, w ich głowach kłębiły się najdziwniejsze myśli, w ustach brakowało śliny, a w nogach sił. Usiedli, wiedząc już, że znaleźli punkt zaznaczony na babcinej mapie, ale co dalej?
Nagle jakimś szaleństwem wydały się Ociepce całe te poszukiwania i miał wrażenie jakby ktoś zapędził go w „kozi róg”. Cóż sobie ubzdurał w swej młodej i gorącej głowie? Że odmieni swój prosty los wędrówką w nieznane? Że podążając za wskazówkami mapy znajdzie skarb większy niż całe bogactwo proboszcza i sołtysa razem wziętych? Pragnął natychmiast wrócić, skąd przyszedł, zniknąć z tej przedziwnej krainy, w której zdawało się, że ożywały drzewa i kamienie, a znaleźć się w swoim bezpiecznym wiejskim domu i nadrabiać stracony czas przed klasówką z matematyki. Już prawie czuł zapach odsmażanych na skwarkach ziemniaków, już jakby słyszał nawoływanie matki, gdy z tej chwili słabości wyrwał go głos ich towarzyszki:
– Cicho, słyszycie? – szeptem zapytała Helena, trzymając w drżącej dłoni coraz słabiej, wydawałoby się, świecącą latarkę.
Siedzieli nieruchomo, słyszeli swoje mocno bijące ze strachu serca, żadne z nich nie miało teraz odwagi spojrzeć za siebie. Tuż za ich plecami był KTOŚ, wiedzieli to na pewno.
– DOKĄD IDZIESZ? – zapytał znajomy im już głos.
W tym samym momencie smoliste ptaszysko złowieszczo zakrakało. Helena, zwykle odważna, aż podskoczyła, Bronek, swoim zwyczajem jęknął, Napoleon zaś odwrócił się za siebie i bardzo, ale to bardzo tego żałował.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 9 – Łódź
9 czerwca 2015
0

Potężny Cios spadł prosto na jego twarz. Nawet nie zdążył jęknąć, a już leżał jak długi. Napastnik, którego twarz zakrywał kaptur spojrzał na pozostałą dwójkę. Bronek był przerażony, Helena z kolei – nie wiadomo czy świadomie, czy odruchowo – skoczyła z krzykiem na nieznajomego. Zanim jednak zdążyła go choćby dotknąć poczuła na swojej twarzy uderzenie gorąca. Napastnik zdzielił ją zdecydowanie słabiej niż Napoleona – to jednak w zupełności wystarczyło, aby powalić dziewczynę.
Bronek w tym czasie zaczął odzyskiwać czucie w nogach. Przez myśl przemknęło mu, że musi ratować przyjaciół, strach jednak okazał się silniejszy. Niezdarnie wstał, odwrócił się od nieznajomego i zaczął biec co sił w nogach przed siebie. Las w tym miejscu był dość gęsty, więc co chwila potykał się o korzenie, a w twarz uderzały go gałęzie. Jego głośny, charczący oddech zagłuszał mu wszystko wokół – nie słyszał więc czy ktoś ruszył za nim w pogoń. Nie planował jednak tego sprawdzać. Strach sprawiał, że w ogóle nie czuł zmęczenia. Wydawało mu się, że może tak biec bez końca.
Po kilku minutach uznał, że oddalił się od miejsca zagrożenia na tyle daleko, że może na chwilę się zatrzymać i przeanalizować całą sytuację. Znalazł dość gęste krzaki, w które niezgrabnie wszedł. Nie było to najlepsze schronienie, jakie mógł sobie wyobrazić, ale mógł z nich obserwować, czy ktoś nie nadchodzi. Starał się zachowywać bardzo cicho, ale jego głęboki oddech jeszcze przez dłuższą chwilę odbijał się echem od drzew. Dopiero teraz poczuł też jak bardzo jest zmęczony… i przerażony. Nie tylko swoją sytuacją, ale też tym co zrobił – zostawił Helenę i Napoleona na pastwę sadysty, który rzucił się na nich bez żadnego powodu. Myśl, że może więcej nie zobaczyć swoich przyjaciół – i to z własnej winy – sprawiła, że mimowolnie do jego oczu napłynęły łzy. Schował twarz w dłonie i zaczął płakać.
Szybko jednak otrząsnął się i uznał, że musi zacząć działać. Ale jak? Wrócić na miejsce zdarzenia i próbować walczyć? Sam z pewnością nie da rady. Pójść do wsi i opowiedzieć o całym zdarzeniu? Zanim ktokolwiek zareaguje, po Helenie i Napoleonie może nie być już śladu. Myślenie przerwał mu porażający ból w ramieniu i silne szarpnięcie. Ktoś złapał go i z całej siły wyciągnął z krzaków, w których ciągle leżał. Było to ten sam nieznajomy mężczyzna w kapturze, który zaatakował ich wcześniej. Złapał Bronka za szyję i z wielkim gniewem zapytał.
– Skąd macie tę mapę!?
Po chwili, cały czas trzymając chłopca, ściągnął kaptur. Oczom Bronka ukazała się twarz pełna zmarszczek i blizn, której sam widok mroził krew w żyłach. Czasu na baczne przyglądanie się nie było jednak za wiele, bo ręka na gardle zaciskała się coraz bardziej. Przez żółte zaciśnięte zęby mężczyzna znów wysyczał pytanie.
– SKĄD MACIE TĘ MAPĘ?!
Odpowiedzi jednak nie usłyszał. Bronek stracił przytomność.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 10 – Kraków
9 czerwca 2015
0

Obudził go potworny ból głowy. Nie było to jednak cierpienie spowodowane uderzeniem ani zranieniem. Jako że jego usta nigdy nie tknęły ni kropli alkoholu, nie wiedział, iż ten dziwny stan porównać da się jedynie do ciężkiego kaca połączonego ze skrajnym niewyspaniem.
– Co się stało… – nierozumnie wyszeptał, jednocześnie zastanawiając się nad powodem słabości obejmującej wszystkie kończyny.
Niezdarnie spróbował wstać, lecz dopiero kilku próbach udało mu się utrzymać względną równowagę.
– Napo… Napoleon! – zawołał słabym, charczącym głosem.
Wówczas dotarło do niego, iż miejsce, w którym się znajduje, diametralnie różni się od tego, którego wizję rysowała mu wyobraźnia przypominająca sobie ostatnie chwile przed utratą świadomości. Dokoła panowała gęsta mgła, budząca w nim niepokój. Nie było widać słonecznego światła, bo zastępował je jednostajny, blady poblask dobywający się gdzieś z góry. Jedynym, czego Bronek był pewien, było to, że znajdował się w jakimś zagadkowo cichym, pozbawionym ptasich głosów lesie.
– Napoleon… – tym razem zakrzyknął już energiczniej – Napoleon, gdzie jesteście!?
– Czego się drzesz? – usłyszał. Szybko się odwrócił i w norze pod korzeniami przewróconego drzewa ujrzał dwójkę przyjaciół. Siedzieli ukryci i wtuleni w siebie. Widząc, jak ramiona Napoleona obejmują Helenę, uświadomił sobie, że męczy go przenikliwe zimno.
– Zostawiłeś nas, matole, i uciekłeś. A sam przecież wpakowałeś nas w tę dziwną historię – ze złością powiedział Napoleon.
– Ja… ja przepraszam – wymamrotał wystraszony.
– Nie przepraszaj, tylko siadaj z nami i zastanówmy się, co robić dalej. Skąd się w ogóle tutaj wziąłeś? Jak stąd wyjść?
– Nie wiem… Dorwał mnie ten dziwny człowiek w kapturze i zaczął dusić, a wtedy… wtedy zobaczyłem jego twarz – Bronek wzdrygnął się z przerażenia – i więcej nic już nie pamiętam. Obudziłem się tutaj, boli mnie głowa, chce mi się pić.
– Nie marudź. Nie mamy niczego do picia. Wszystko przepadło, nie mamy już latarki, nie mamy tej mapy, nawet Helenie przepadła gdzieś fajka. Możemy spróbować poszukać jakiejś wody, stawu albo rzeczki. Tymczasem masz, zapal sobie, to się trochę uspokoisz – Napoleon wyciągnął w kierunku Bronka dłoń, w której trzymał sfatygowaną, biało-niebieską paczkę papierosów. Nie miały one polskich znaków akcyzy, bowiem ojciec częstującego przywoził je czasami na handel zza wschodniej granicy. Widok pudełeczka od razu obudził w Bronku wspomnienie atmosfery rodzinnej wsi, stopniowo przeradzające się w niesamowitą tęsknotę za domem.
– Ja nigdy… – nie dokończył Bronek. – Zresztą, co mi tam.
Zrezygnowany wziął do ust papierosa i wciągnął powietrze w momencie, gdy kolega pstryknął kamieniem zapalniczki. Chwilę później ciszę przecięła seria rozdzierających kaszlnięć.
– No, to co robimy dalej!? – zakrzyknął pokasłujący, skonfundowany Ociepka, czując politowanie bijące z oczu koleżanki.
– Najpierw podsumujmy to, co stało się dotąd – rozpoczął Napoleon. – Poszliśmy zgodnie z wytycznymi zagadkowej mapy, a następnie spotkaliśmy faceta ubranego w cylinder i długi, czarny płaszcz. Potem przybył kruk i porwał nam mapę, po czym napadł na nas gościu o zdeformowanej, zakrytej kapturem twarzy. Tracimy przytomność i budzimy się w jakiejś paczce waty. Coś wam to przypomina, z czymś się wam łączy?
Zapadła chwila ciszy, po chwili znów zakłócona głosem młodego Ociepki.
– Moja babka, ta, od której mamy mapę, opowiadała mi kiedyś historię o podobnym człowieku. Straszyła nią mnie, gdy jeszcze byłem dzieckiem i zachowywałem się wbrew oczekiwaniom rodziców. Opowiadała o mężczyźnie w kapeluszu i w długim, czarnym, skórzanym płaszczu. Jeszcze za Gomułki miał on przyjechać do wsi piękną, błyszczącą, czarną wołgą – głos Bronka zadrżał – i aresztować starego Piotrowskiego. Tego Piotrowskiego, co przed wojną był wojskowym oficerem i po wojnie żył z nauczania w szkole. Jak go zabrał, to go już więcej nie widzieli. Gdy się nie słuchałem rodziców albo, co gorsza, wierciłem w kościele, to groziła, że ten człowiek i po mnie przyjedzie…
– Bzdury – zripostował Napoleon. – Mnie bardziej zastanawia jedna rzecz. Miałem dziwne wrażenie… wydawało mi się, że ten człowiek w kapeluszu miał nietypowe, jakby nieludzkie, piekielnie czarne źrenice. Niesamowicie przenikliwie nimi patrzył. Później, gdy widziałem tego kruka, to zdawało mi się, że to te same ślepia. Jakby patrzyła na mnie ta sama istota, ten sam byt.
Bronek zaczął się cały trząść i wypuścił z dłoni niedopalonego papierosa.
– Kiedyś w jedynce – począł opowiadać – oglądałem film o człowieku, który wstał z grobu, aby pomścić doznane za życia krzywdy. Razem z nim pojawiał się kruk, smolisty, czarny jak sadza kruk. Gdy ktoś spotykał tego kruka, to oznaczało, że ten człowiek niedługo po niego przyjdzie. Był – człowiek ten, nie kruk – śmiertelnie blady i też nosił długi płaszcz. Trochę jak u nas, przyp… przypadek?
– Nie sądzę – drżącym głosem odpowiedziała zazwyczaj milcząca Helena.
Echo, które nie wiadomo skąd się pojawiło, poniosło wypowiedź dziewczyny. Młody Ociepka usłyszał je głosem babki, stopniowo przeradzającym się w słowa szepczące imię Eufrozyny.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 11 – Warszawa
9 czerwca 2015
0

Na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy, mgła zgęstniała i stała się przenikliwie zimna. Przed ich oczami zamajaczyła niewyraźna postać…
– Ki czort po nocy lezie?! – krzyknęła Helena.
– Słownictwo, młoda damo! – odezwało się widmo.
Ociepek już wiedział kim jest zjawa. Tylko jedna osoba, którą znał używała takiego zwrotu. Była to jego babka.
– Sprowadziłam waszą trójkę nieprzypadkowo. Nawiedzałam już plebana, ale on myślał, że jestem wytworem jego erotycznej fantazji… Ty Ociepku moje wnuczę, jesteś wielkim medium, możesz komunikować się z zaświatami. Umiejętność tę odziedziczyłeś po mnie. Ty Napoleonie, jesteś sprytny i przebiegły, a Ty droga Heleno jesteś odważniejsza od tych dwóch razem wziętych. – na twarzach całej trójki zagościło zdumienie.
– I co się dziwicie?! Ducha nie widzieliście? Chcę wam wyjawić tajemnicę przerażających zbrodni, które miały miejsce na tych bagnach w latach wojennej zawieruchy. Niedaleko naszej wsi – dokładnie gdzie rośnie klon z wyrytym napisem „Eufrozyna 1939” – stał obóz, w którym komendantem był nieludzki obersturmbannführer von Lipnick. Mengele to przy nim aniołek. Von Lipnick prowadził eksperymenty na małych dzieciach. Ale o tym opowiem wam w mojej chacie, w której mieściło się tajne stowarzyszenie. Aby tam dojść musicie kierować się na północ.
Widmo rozpłynęło się we mgle.
– Nie wiem jak wy, ale ja się zmywam. Co złego to nie ja. Cześć jak czapka! – powiedział Napoleon i zrobił krok przed siebie. W tej samej chwili rozległo się przeraźliwe krakanie.
– Never More – powiedziała tajemniczo Helena, któej przypomniało się opowiadanie Alana Edgara Poe.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 12 – Olsztyn
9 czerwca 2015
0

Bagna śmierdziały. Nie było by w tym może nic nadzwyczajnego, przecież praktycznie pod każdą szerokością geograficzną bagna śmierdzą jednak teraz było inaczej. Bronek dokładnie wyczuwał, że obok zwyczajowego zapachu stojącej wody, mchu i wilgoci da się wyczuć coś jeszcze, coś co nie pasowało jak fałszywy akord w znanej piosence. Bagna śmierdziały bagnami… i strachem. Człapali gęsiego, starając się stąpać ostrożnie po wystających kępach traw i fragmentach w miarę stałego gruntu. Wokół panował spokój, który młodemu Ociepce kojarzył się nieprzyjemnie ze spokojem cmentarza. Otrząsnął się, sam nie wiedział czy z nagłego lęku czy z zimna.
– Wiecie co jest niebezpiecznego w chodzeniu po bagnach?- zapytał nagle idący na przedzie Napoleon. Z całej trójki to on najlepiej znał okolicę i w wyniku aklamacji został przewodnikiem
– Napoleonie zlituj się…- jęknęła Helena – może w alternatywnej rzeczywistości Twoje dowcipy bywają śmieszne ale to raczej nie jest ta właściwa więc bądź tak dobry i skup się na rzeczach bardziej w tym momencie przydatnych.
– Mianowicie?- zapytał Napoleon.
Bronek w głosie przyjaciela wyczuł lekką nutkę zawziętości i już wiedział czym to się może skończyć. Już miał otworzyć usta i przywołać przyjaciół do porządku jednak pewne sprawy musiały toczyc się ustalonym porządkiem. A sprzeczki między Napoleonem a Heleną do takich spraw należały.
– Mianowicie tym, byśmy z tego diabelskiego miejsca wyszli w jednym, możliwie mało uszkodzonym kawałku. Tak się zawsze chwaliłeś, że znasz okolicę jak własne buty ale patrząc na to co robisz zaczynam wątpić czy aby na pewno dobrana z was para.
– Jeśli tylko przestaniesz jęczeć mi nad uchem to na pewno nas stąd wyprowadzę. Więc proszę Cię byś chociaż na chwilę zajęła się czymś innym niż drażnienie mnie. Zacznij kontemplować swoje paznokcie, wymyślać sposoby walki z głodem na świecie albo licz gwiazdy. Nie pomożesz żadnym z tych zajęć ale może przynajmniej przestaniesz przeszkadzać- odgryzł się Napoleon nagle odwracając się do dziewczyny.
– Ja bardzo przepraszać o wielki Winetoo, blada kobieta nie chcieć obrazić Wielka Tropiciela – odparła Helena, skłaniając się lekko jednak nie tracąc interlokutora z oczu – jednak niech Wielka Tropiciela patrzeć pod nogi bo może upaść i potłuc sobie zad.
Napoleon już nabierał powietrza by ułożona z prędkością światła i dokładnością rzymskiej drogi riposta poszybowała w stronę Heleny gdy oto jej słowa stały się ciałem i chłopak upadł jak długi tłukąc sobie boleśnie miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.
– Ooo Wielka Tropiciela upadła i się potłukła, czyżby Wielki Duch opuścił Wielka tropiciela o stłuczonym zadku? – szydziła dalej Helena, stojąc nad gramolącym się z ziemi Napoleonie.
Bronek. który przysłuchiwał się sprzeczce był pod wrażeniem tego, jak bardzo mogła poczerwienieć ze złości twarz Napoleona i czy aby nie jest to niebezpieczne dla zdrowia.
– Ty wredna…- kolejna riposta o ciężarze gatunkowym równym średniej wielkości atomówce miała opuścić usta Napoleona, gdy młody Ociepka postanowił w końcu interweniować.
– Zamilczcie natychmiast oboje – krzyknął. Spojrzeli na niego osłupiali jakby nagle wyrosła mu trzecia ręka dokładnie na środku czoła. – Toczycie jakieś kompletnie bezsensowne spory podczas gdy nasza sytuacja daleka jest od normalności. Wędrujemy w środku nocy, przez śmierdzące bagna do jakiejś zapomnianej przez Boga i Ojczyznę chaty, w której duch mojej pokręconej babki będzie opowiadał nam o nazistowskich zbrodniach i tajnych stowarzyszeniach. Czy tylko dla mnie cała ta historia jakoś nie chce trzymać się kupy? jakby tego było mało okazało się, że jestem jakimś wcieleniem wróżbity Macieja czy innego Nostradamusa i w wolnych chwilach będę mógł pogadać z duchami a przez wasze wrzaski i docinki już zacząłem zapominać jak się nazywam – chłopak przerwał na chwilę by nabrać powietrza i już miał kontynuować gdy odezwała się Helena:
– Bronek to bardzo… głębokie co mówisz i w ogóle, szanujemy Cię ale myślę, że zanim znów zaczniesz prawić nam komplementy odwróć się i spójrz za siebie. Opamiętanie przyszło w jednej chwili. Ostrożnie i powoli młody Ociepka odwrócił się i spojrzał w miejsce wskazywane przez dziewczynę. Z miejsca, w którym stali było widać niewielkie wzgórze, skąpane w bladym i nieco upiornym blasku księżyca. Wyławiał on z mroku zarys chatki, która czasy swojej świetności miała już dawno za sobą. Wyrwane framugi okien oraz drzwi upodobniały domostwo w tym świetle do czaszki szkieletu. Bronek dostrzegł setki czarnych punktów krążących nad dachem i wydających charakterystyczny skrzek.
– Kruki – szepnął chłopak – setki kruków.
– No to chyba eeee… dotarliśmy- stwierdził Napoleon raz po raz masując dół pleców
– No tak, dotarliśmy- Bronek potarł czoło i głośno wciągnął powietrze .
Bagna nadal śmierdziały, ale już jakby mniej strachem.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 13 – Poznań
9 czerwca 2015
0

Wszedłszy do ruiny, ze zdziwieniem poczuli się znacznie bezpieczniej. Niewątpliwie przyczyniły się do tego krzyże, wiszące na ścianach: niektóre pięknie wykonane, inne sklecone z gałązek i kawałków sznurka. W chatce czuć było wilgocią, ale też dziwnie mocno – grochówką!
Z przedsionka, poruszając się jedynie w nocnej poświacie, dostającej się przez wyrwy po oknach, weszli przez odrapane drzwi do kolejnego pomieszczenia.
– Słodki Jezu – wyrwało się Ociepce na widok rzęsiście oświetlonego pokoju, znacznie większego, niż mógł przypuszczać po widoku zastanym u podnóża pagórka. Przy kuchence spirytusowej, na której gotowała się tak smakowicie pachnąca strawa, siedział mężczyzna w kapturze, teraz opuszczonym, przez co wzrok trójki przyjaciół błądził po głębokich bliznach, gęstszych, niż jego nieliczne, jak się okazało, zmarszczki.
– Bronek i kompania – powitał ich, nie podnosząc wzroku – Może w końcu Ociepka, który dokończy sprawę? – Westchnął głęboko i zakrztusił się nagle. Jego kaszel wzmógł się, kiedy przez drzwi w głębi weszła, dość hałaśliwie, stara Ociepkowa, nestorka-nieboszczka.
– W końcu jesteście – stęknęła, zupełnie jakby nie leżała w trumnie od sporego kawałka czasu. Nawet różańce były na swoim miejscu. Chudziutka podeszła do garnka, powąchała chochlę zupy` i znacząco spojrzała na oszpeconego kucharza.- Poczęstuj ich, Tolfik, rychło!
Helenie nie udało się ukryć rozbawienia, gdy odbierała z jego rąk wyszczerbiony kubek pokaźnych rozmiarów. Tolfik wyraźnie się zmieszał – W latach dwudziestych to nie było śmieszne imię! A o Hitlerze jeszcze nikt nie słyszał, młoda damo! – Powiedział z wyrzutem. Kiedy cała trójka została zaopatrzona w parujące kubki – każdy wielki i z innego kompletu, wzbogacony o aluminiowe łyżki – znów odezwała się sympatyczna zjawa, zapraszając ich na piętro budynku.
– Ale jakie piętro? – zwątpił Napoleon, pewien zachowanego w pamięci obrazu budynku.
– Nie zastanowiło cię, Mały Kapralu, że na ten pokój też by pod strzechą nie starczyło miejsca? – zaśmiała się bronkowa babka. Przytaknęła jej Helena – Przecież spod drzwi też się nie sączyło światło, jak żeśmy tu się ładowali.
– Oto są zalety bycia po przemarszu własnego, że tak powiem, anielskiego orszaku, moje dzieci. – Zakończyła, nie przestając się uśmiechać. – A teraz za mną.
Izba na piętrze przypominała biuro detektywistyczne z filmów lat czterdziestych. Jedna ze ścian zakryta była mapami sztabowymi najbliższych okolic, na pozostałych powieszone były zdjęcia umundurowanych ludzi, obwieszczenia w języku niemieckim i sporo fotografii dzieci w wieku szkolnym, niektóre wyrwane z dokumentów, inne z albumów rodzinnych, przedstawiały śmiesznie poważne szkraby w towarzystwie rodziny, zapewne rodzeństwa i rodziców. Pośród nich powtarzała się postać znanego im już człowieka w cylindrze, tu znacznie młodszego. Nieco dojrzalej wyglądał w mundurze, którego czapkę ozdabiała charakterystyczna czaszka ze skrzyżowanymi piszczelami.
– To właśnie von Lipnick, przed wstąpieniem do NSDAP znany monachijski dandys, nigdy nie zrezygnował z tego czarnego walca na głowie. – Wyjaśniła babcia.
– Jego ducha widzieliśmy wchodząc do lasu? – Zapytał Napoleon.
– Nie – odpowiedział Tolfik – Tak samo jak ja… Nie jestem martwy, niestety.
– Przecież nie wyglądasz na więcej, niż trzydzieści lat! – wytrzeszczyła oczy Helena – Jak to możliwe, skoro jesteś sprzed wojny?! – Duch babki i Tolfik wyraźnie posmutnieli.
– To właśnie dlatego tu jesteście. Dlatego też ten potwór eksperymentował na dzieciach, których część macie na zdjęciach wokół. – Głos babki Ociepkowej łamał się, jak na chwilę przed wybuchem płaczu. – Po wojnie nie wiedzieliśmy, że skryje się w tych lasach, później ja sama byłam za stara, baliśmy się też, że esbecja wpadnie na trop Tolfika, to nie były dobre czasy dla partyzantów. Miałam nadzieję, że ojciec Bronka się tym zajmie, jemu jeno tylko flaszka w głowie… Posłuchajcie opowieści starej i martwej kobiety, w trzydziestym dziewiątym byłam jeszcze nastolatką, a kiedy upadła obrona, wstąpiłam w szeregi partyzantów. Od tego roku też von Lipnick na polecenie swojego führera szukał lekarstwa na starość… Na śmierć. Był to projekt „Euphrosyne”, sztandarowa operacja grupy Grazienbataillon… Opowie wam o tym Tolfik, był ich królikiem doświadczalnym…

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 14 – Wrocław
9 czerwca 2015
0

Tolfik spojrzał na babkę porozumiewawczo i ze spokojem. Wziął głęboki oddech, wraz z którym wyprostował się na krześle. Oczy miał zamknięte. Ramiona oparł na wygodnych podłokietnikach. Krzesło zaskrzypiało pośród ciszy, która narastała wraz z oczekiwaniem na opowieść odległych dla naszych młodych bohaterów czasów. Opowieści niosącej już z kilku zdań wstępu babki Ociepkowej podmuch grozy i zaniepokojenia w młodych umysłach. Kolejny głęboki oddech Tolfika spowodował, iż wszyscy w chacie nabrali powietrza mocno w płuca w tym samym momencie, jednocześnie coraz bardziej się w niego wpatrując. Dalsze wdechy i wydechy pomagały Tolfikowi przywołać tamte wspomnienia, czuł je coraz bardziej w ciele, stawały się coraz bardziej wyraziste. Lekko poprawił się na krześle, jakby mościł się by było mu wygodniej. Przy długim wydechu otworzył oczy i niskim, zachrypniętym głosem zaczął mówić:
– Eufrozyna w mitologii niosła radość i wdzięk… Podobnie miało być w przypadku projektu, o tej samej nazwie, von Lipnick’a i jego führera. Przynajmniej dla niektórych… – krzywo uśmiechnął się pod nosem Tolfik, mając na myśli pomysłodawców przedsięwzięcia. – Byłem dzieckiem kiedy mnie zabrali. Zresztą jak każde z nas. Rodziców nie pamiętam, wiem tylko, że zostali wywiezieni z dala od wsi… – przerwał na chwilę by wziąć kolejny, naprawdę głęboki oddech. – Von Lipnick urzędował w opuszczonym niedaleko stąd średniowiecznym klasztorze. Cele zakonników zostały przerobione na pomieszczenia laboratoryjne, magazyny i gabinety, w których mieszkali pomocnicy von Lipnick’a oraz gdzie przetrzymywane były dzieci. Mieliśmy ładne freski w pokojach – uśmiechnął się Tolfik – Tylko one pozostały po świetności klasztoru. Modły mnichów przerodziły się w płacz dzieci, obrazy świętych zastąpiły przedstawienia kultywowanej przez tutejsze tajne stowarzyszenie, pogańskiej Eufrozyny. Swoją drogą, pięknej delikatnej kobiety, zawsze ukazywanej w kwiatach. – Wzrok Tolfika lekko umknął w bok. – Oj przepraszam. – opamiętał i sam wyrwał się z zadumy Tolfik. – Przepraszam, iż odbiegłem od tematu, ale z okresu przetrzymywania mnie w klasztorze pamiętam głównie właśnie te obrazy.
Babka Ociepkowa spojrzała na Tolfika wymownie, a wzrok ten wyrażał dwie jej myśli: Jak może on myśleć o pogańskiej kobiecie umieszczonej w jakże uświęconym miejscu, i to teraz kiedy opowieść o czymże innym odbyć się ma. „Eh, mężczyźni nigdy z tego nie wyrastają”, powiedziała sobie w duchu i zacisnęła usta w dziubek niezauważalnie kiwając głową.
– Tak, tak, ekhm… – odchrząknął Tolfik i począł opowiadać dalej. – Jedno zdarzenie przychodzi mi na myśl, które najmocniej odcisnęło się w mej pamięci. Jak zawsze przy klasztorze był kościół. Po kilku latach badań nade mną, zaprowadzono mnie do niego. Uchyliłem drzwi kruchty i przekroczyłem próg. Wnętrze zapomnianego przez ówczesnych gospodarzy kościoła przesycone było mistycznym nastrojem, oddanym ciemną strefą prezbiterium i prawie niewidocznych w półmroku majestatycznych rzeźb drewnianego, monumentalnego ołtarza. Kroczyłem powoli nawą główną. Mym oczom ukazywały się zdewastowane przez żołnierzy obrazy i rzeźby. Zapach starego drewnianego kościoła, mroczna sceneria zbudowana z kontrastów światłocieni, serce mocno bijące z wrażenia w mojej piersi tworzyły razem niepokojącą atmosferę tajemniczości. Dałem się jej uwieść. Zamknąłem oczy i z każdym oddechem czułem się wolny. Wówczas w mym umyśle ukazała się Eufrozyna. Uśmiechnęła się i wyciągnęła ku mnie rękę w geście zapraszającym. Podszedłem kilka kroków. Ona ułożyła dłoń na swej piersi, z której w moją stronę wypuściła strumień wina. „Pij i bądź wieczny” powiedziała. Wtedy też poczułem swąd palonego drewna. Sam von Lipnick podłożył ogień. Kwestia spalenia kościoła nie była dla niego ważna, ważny był efekt – czy chłopak przeżyje. Ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko. Płonące belki ze stropu zaczęły na mnie spadać. Nie miałem gdzie uciec. Kręciło mi się w głowie. Wtedy też uświadomiłem sobie, że to nie tylko od dymu, ale też od podawanych mi przez von Lipnick’a mikstur. Byłem odurzony. W mojej wyobraźni wciąż jednak miała miejsce wizja Eufrozyny i dźwięczały jej słowa „Bądź wieczny”… Przeżyłem, stojąc na samym środku nawy głównej.
– Czy Twoje blizny na twarzy…? – zapytała nie kończąc zdania Helena.
Tolfik kiwnął potwierdzająco głową. Tym razem Helena wzięła głęboki oddech i żałowała, że zgubiła swoją fajkę gdyż wiele by dała aby właśnie teraz poczuć jej kojący smak.
– Pamiętasz coś jeszcze? Sprzed tego wydarzenia? – spytał Bronek.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 15 – Zamość
9 czerwca 2015
0

Tolfik westchnął cicho. Przymknął powieki i mocno je ścisnął. Milczał jakby próbował ożywić w pamięci cienie tamtych wydarzeń. Cisza przedłużała się w nieskończoność gdy już myśleli, że zmiażdży ich mężczyzna otworzył swe zasmucone oczy. Jego wejrzenie skrywało długo tłumiony ból i bezdenną rozpacz. Zamrugał nerwowo i spojrzał po obecnych. To oznaczało, że zakończył swoją wewnętrzną walkę i był gotowy by stawić czoła demonom przeszłości.

– Pamiętam choć wolałbym zapomnieć i zniknąć- tu zrobił krótką pauzę i uśmiechnął się gorzko.

– Jak już wspomniałem wcześniej Niemcy rozpoczęli swój projekt w początkowej fazie wojny. Ich eksperyment nie przynosił zadawalających rezultatów i przenieśli się na młodsze obiekty badań, a także…

– To straszne czyli… oni wykorzystywali dzieci ?! pisnęła wstrząśnięta Helena.

– Tak, używali dzieci, bo to one oszukują śmierć. Te wszystkie zdjęcia, które widzicie stanowią namacalny dowód zbrodni jakich w tamtym czasie dopuścił się von Lipnick i jego poplecznicy.

Napoleon z uwagą spoglądał na Tolfika i wtrącił pytanie, które nurtowało go od początku opowieści.

– Panie Tolfik jak to się stało, że trafił pan do naszego klasztoru i stał się częścią tego piekielnego przedstawienia?

– Hmm pamiętam, że to było w 1940 roku, czy to była wiosna, a może jesień? Nie jestem pewny, na pewno nie było śniegu. Uzbrojony oddział niemiecki zakradł się do mojej wsi gdy wszyscy byli pogrążeni we śnie. Wydarli nas rodzicom i zapakowali do wojskowej ciężarówki, dorosłych popędzili w głąb lasu, a zabudowania puścili z dymem. Nigdy nie poznałem ich losu, mogę się tylko domyślać jak skończyli.

– Wracając do mnie byłem tak przerażony, że nie byłem wstanie racjonalnie myśleć, ściśnięty z innymi dziećmi drżałem ze strachu i zimna. Wywlekli mnie w samej koszuli. Gdy Niemcy skończyli z dorosłymi i nas zabrali w tym rozklekotanym pojeździe myślałem, że to było piekło. Jak bardzo się myliłem. Jeszcze nie wiedziałem czym jest prawdziwe piekło. Przez całą podróż siedzieliśmy głodni w zimnej ciężarówce. Jak już przywykłem do tej trudnej sytuacji to pomyślałem, że zabierają nas do Rzeszy. Kiedyś sołtys mówił, że szkopy selekcjonują dzieci i wywożą je na germanizację. Ta myśl dawała mi złudną nadzieję, że nie zginiemy. Gdy po kilku ciężkich dniach dojechaliśmy do klasztoru myślałem, że na zawsze opuściłem Polskę.

Dzieciaki słuchały w skupieniu, z coraz widoczniejszym przerażeniem, teraz dopiero miała rozpocząć się prawdziwa tragedia chłopca, który przeżył i siedział przed nimi. Miał już kontynuować gdy odezwał się Bronek – nikt was nie szukał?

Helena popatrzyła na chłopaka jak na osła.

Tolfik spojrzał na trójkę przyjaciół i odrzekł

– Wy jesteście za młodzi by wiedzieć czym jest wojna. Na każdej parszywej wojnie wszystkie chwyty są dozwolone i to że gdzieś zniknęło kilkoro dzieci nie miało znaczenia. Kto miał nas szukać? Wieś została spalona, mieszkańcy zabici, my byliśmy sierotami skazanymi na zagładę.

– Mimo wszystko tak nie można traktować ludzi, to jest nieludzkie – nie zgadzał się Bronek.

– Dziecko, nieludzkie to będzie to co robili nam jak dotarliśmy na miejsce! – krzyknął ze złością. – Teraz jeśli pozwolisz skończę tę najtrudniejszą dla mnie część i pozwolę ci działać…

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 16 – Kraków
9 czerwca 2015
0

– Tak więc… gdy ciężarówka zawiozła nas na miejsce, grupa hitlerowskich żołnierzy kazała nam wysiadać. Nie, to nie żołnierze – poprawił się Tolfik – pamiętam, że mieli nie zielone, a czarne mundury. To byli więc SS­mani. Zwykłych żołnierzy na terenie klasztoru nigdy nie widziałem, najwyraźniej miejsce to było ośrodkiem zbyt tajnym, aby byle kto miał do niego wstęp. I cóż, słaniając się, usiłowaliśmy wyjść z paki samochodu. Niemcy, muszę przyznać, bardzo starali się nam pomóc – twarz mówiącego wykrzywił makabryczny uśmiech – gdy ktoś nie miał sił i opuszczał auto zbyt powoli, to parę twardych uderzeń kolbą Mausera od razu dodawało mu energii.

Bronek słuchał z niemądrze otwartymi ustami. Podobnie Napoleon, patrząc na mówiącego, szeroko rozdziawiał oczy. Ociepkowa babka wolnym krokiem przechadzała się w tę i z powrotem, od czasu do czasu spoglądając w stronę Heleny, beznamiętnie obserwującej referującego dawne wydarzenia mówcę.

– Początkowo zamknęli nas w pospiesznie przygotowanych, stojących obok klasztoru, drewnianych barakach. Sześćdziesiąt dzieciaków na jeden, bez ogrzewania i oświetlenia. Nie muszę chyba mówić – głos Tolfika zadrżał – że z każdej sześćdziesiątki szybko została mała, wciąż kurcząca się garstka. Mieliśmy jeden posiłek dziennie, jakąś nieokreśloną zupę… – A jak smakowała? – Wyrwało się Ociepce. – Milcz, bałwanie… – Zripostował Napoleon. – Nieokreśloną zupę – ciągnął niezrażony narrator – i tyle, nie licząc zimnej wody. Kazano nam pracować przy jakichś bezsensownych zadaniach, na przykład przewalać tony ziemi z lewej strony kościoła na prawą tylko po to, aby potem przerzucać je z powrotem… Tak, teraz wiem, że miało to służyć wyselekcjonowaniu najwytrwalszych dzieci, zdatnych do dalszych eksperymentów. Dopiero potem przeniesiono nas do cel w klasztorze. A i te, nazwijmy je, eksperymenty też były potworne, bo bez znieczulenia nas bito i wstrzykiwano nam jakieś świństwa. Nie wiem, co było w strzykawkach, pamiętam tylko, jak potwornie źle się po tych zabiegach czułem. Cóż, najgorsze dopiero jednak miało nadejść… – mówiący zawiesił głos. – Któregoś dnia obudziłem się zupełnie sam. Nade mną stało kilku oficerów, którzy mówili, że oto został najsilniejszy. Jeszcze żartowali, że to w takim razie nie przypadek, iż noszę imię wodza III Rzeszy. Mniej więcej rozumiałem ich słowa, bo do wybuchu wojny zdążyłem skończyć kilka lat podstawówki, a tam uczyliśmy się niemieckiego. Gdybyście wiedzieli, jak straszna była świadomość, że przyjechało nas tylu, a zostałem sam, zupełnie sam, reszta po prostu już nie istniała… Tam przecież byli moi koledzy, moi przyjaciele! – Czyli… czyli reszta już nie żyła? – Albo padli z wyczerpania, albo… Niemcy, gdy już widzieli, że niektórzy nie wytrzymają, to sami im na koniec, że tak to ujmę, pomagali. Potem były pseudomedyczne doświadczenia i ten pożar kościoła. Tę historię już zresztą słyszeliście. To, że go przeżyłem, było dowodem, iż eksperyment na mnie się udał. Niedługo później przybył do nas dziwny człowiek w okularach, który oglądał mnie jak jakieś zwierzę. Dziś już wiem, że był to Heinrich Himmler…

Zapadła krótka chwila ciszy.

– Wiecie, chyba nawet sam Hitler nas wizytował, ale jego już nie widziałem. Wiem tylko, że pewnego razu przyjechało mnóstwo luksusowych mercedesów, a von Lipnick od tego dnia dumnie paradował z błyszczącym, czarno-­złotym odznaczeniem Detuscher Orden des Großdeutschen Reiches. To był bardzo piękny, wiele znaczący order. Według tego, jak rozumuję, wynika, że cała ta machina miała służyć wynalezieniu czegoś, co by dało nieśmiertelność ich Fuhrerowi. Cóż, Hitler – w przeciwieństwie do mnie – nie zdążył tej nieśmiertelności nabyć. Parę tygodni później bowiem znów obudziłem się sam, a gdy wstałem, to ujrzałem, jak do naszego ośrodka wchodzili obdarci żołnierze Armii Czerwonej. Ich oficerowie byli bardzo rozczarowani, bo nie mogli znaleźć żadnych dokumentów. Dziwili się, że jestem tu sam, ale dali mi spokój. I tu, moje dzieci, koniec opowieści.

– Słuchajcie, młodzi ludzie – od razu przejęła głos Ociepkowa babka – jak sobie zapewne zdajecie sprawę, jesteście w zaświatach i nie dzieje się to przypadkiem. Sprowadziłam was tu, lecz zaraz też napoję specjalnym eliksirem, który na powrót sprowadzi waszą świadomość do krainy żywych.

W ręku staruszki pojawiła się szklana butelka, z której popłynęła woń przywodząca na myśl tanie, siarczane wina. – Gdy to wypijecie, zniknie otaczająca wszystko wokół was mgła. Stracicie przytomność i znów znajdziecie się w lasach koło naszej wioski. Lecz zanim to nastąpi, to dowiecie się, po co to wszystko. Wasze zadanie wygląda następująco…

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 17 – Lublin
9 czerwca 2015
0

Musicie wrócić na bagna i odnaleźć postać w kapturze, która na was napadła, podczas podróży do mojej chaty. Po tych słowach, Bronek z Napoleonem spojrzeli nagle na nieboszczkę z przerażeniem w oczach.
– Przecież to jakaś bestia piekielna. Widziałem to w jego oczach, kiedy dusił mnie tymi nadludzko silnymi łapskami. Jest niebezpieczny, z pewnością będzie nas chciał skrzywdzić, jeżeli…
– Nie panikuj drogi chłopcze. – odezwała się uspokajająco stara Ociepka. – Masz dar, którym obronisz siebie i swoich przyjaciół. Będziesz wiedział jak i kiedy go użyć.
-O ile wcześniej sam się go nie przerazisz. -wtrącił pogardliwie Napoleon, wyciągając papierosa ze zgniecionej paczki.
– Daj mu spokój! – krzyknęła poirytowana Helena, a następnie obdarzyła zlęknionego Bronka spojrzeniem pełnym czułości. To samo spojrzenie biło z babcinych oczu, jednak po chwili ustąpiło,a na jej twarzy malowała się teraz pełna powaga. -Owa zmora w kapturze krąży w zaświatach odkąd tu przybyłam. Czuję,że nosi w sobie bardzo złą energię, cuchnie nienawiścią i myślę, iż może być brakującym elementem tej koszmarnej zagadki. Jak już mówiłam, nie jest to von Lipnick. Ten brudny pies dożył 57 lat i pewnego ranka, po wypiciu całej butelki whisky, strzelił sobie w skroń z makaronova. Jego dusza była tak bardzo zgniła, że nie mogła spocząć w zaświatach. Staruszka zamilkła na chwilę i po chwili zastanowienie kontynuowała monolog. – Kapturzasty roztacza podobna woń, dlatego dziwi mnie jego obecność tutaj. Odszukajcie drania i czym prędzej mnie przywołajcie. Wypatrujcie czarnego ptaszyska wśród mgieł i bądźcie czujni, albowiem mamy do czynienia z jakimś nieznanym do tej pory złem.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 18 – Bydgoszcz
9 czerwca 2015
0

– Wypatrujcie ptaszyska????! No pięknie, po prostu cudownie – zawodził Napoleon. Bacznie patrzył przy tym pod stopy aby czasem nie zapaść się pod gęste bagna. Delikatnie stąpał po wystających stabilnych kamieniach. Musiał uważać bowiem był pierwszym, który przecierał szlak w ich drużynie.
– Myślicie, że faktycznie …- Helena urwała robiąc przy tym wykrzywiona minę – „Jego dusza była tak bardzo zgniła, że nie mogła spocząć w zaświatach”- zacytowała. Zrobiła to w taki sposób, że zarówno Bronek jak i Napoleon wybuchnęli śmiechem.
Ich głosy rozchodziły się po bagnach. Wszyscy czuli jakby ich głowy były ciężkie i nienaturalnie duże niczym dynie na patyku.
– Boże co to była co na nam dała. Czuję się jak po taniej wódce gdzieś pod osiedlowym – mruknął Napoleon wciąż rozważnie stawiając kroki , czując się jakby był obdarzony jakąś misją przywódczą.
Bronek rozejrzał się w około. Wciąż słyszał słowa Starej kobiety. Jak zwykle w takiej sytuacji słyszał je po stokroć głośniej niczym w wymiarze 3d.
Przestań, przestań się mazać- nakazywał sam sobie.
-Jakby nie wystarczająco przerażająca była zapowiedź kapturzastego stwora. – mruknął – to jeszcze musimy brodzić w bagnach- mamrotał ignorując zatroskany jego stanem wzrok Heleny.
Krajobraz był nadzwyczaj ponury. Ogarniała ich zgniłozielona szarość. Niebo zasnute było woalką mgły. Co chwilę do jego uszu dobiegał odgłos skrzeczących, niemal jakby zawodzących ptaków, które niczym blizna przecinały niebo.
– Jak wrócimy do domu…- zaczęła swoim zwyczajem Helena na co tylko się zaśmialiśmy.
Nagle usłyszeli wyraźny szelest i odgłos łamanych patyków. Gwałtownie się odwrócili wytężając wzrok. To co ujrzeli przeszło ich najśmielsze oczekiwania.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 19 – Warszawa
9 czerwca 2015
0

Z mgły wyłonił się blisko trzymetrowy stwór. Ptaszysko nie było przerośniętym krukiem – a przerośniętego kruka się spodziewali – lecz wielkim gryfem, latającą hybrydą lwa i orła. Gryf zbliżał się powoli, dumnie, machał swymi wielkimi skrzydłami. Bronek odtwarzał w głowie wszystkie znane legendy i podania dotyczące gryfów – przytłaczająca większość była o złych gryfach zabijających ludzi. Kurczowo trzymał się jedynej pozytywnej wersji jaką znał, o pomorskim herosie Reszku, którego wiernym przyjacielem był gryf.
– Wypatrujcie ptaszyska?! – jęknął Napoleon – do stu tysięcy diabłów wraz z naczelnikiem! Co to za piekielny stwór?!
– Piekło jest we mnie… – usłyszeli szept, był to ten rodzaj szeptu, który słyszy się ciemnymi nocami, leżąc w łóżku podczas burzy. Szept przerażająco cichy. Zza ptaszyska wyłoniła się zmora w kapturze.
– Bronek zrób coś! – krzyknęła Helena.
– Uratuję Was – zawołał w kierunku zmory i gryfa.
– Uratujesz ich? A kto uratuje nas? – Napoleon zwrócił się do Heleny.
Gryf wydał przeraźliwy pisk i ruszył przed siebie.
– Pozamiatane… – rzucił Napoleon i wykonał znak krzyża z obrządku prawosławnego.
Bestia zatrzymała się przy Bronku, usiadła, zaczęła machać ogonem, polizała Helenę wielkim szorstkim językiem i wskazała głową patyk – metrowy długości zbotwiały konar.
Wszyscy troje wypuścili powietrze. Patrzyli to na siebie, to na gryfa, to na zmorę, która złorzeczyła, bluźniła przeciw wszystkim bogom świata, machała rękami i tupała. Helena drżącą dłonią poklepała bestię po dziobie. Ta w odpowiedzi zamruczała i zamachała skrzydłami.
– Mogłem odtworzyć każdego potwora: Króla Sielaw, Wielkiego Pająka z Pajęczna, Ognistego smoka spod Skwierzyny, Piekielnego Niedźwiedzia z Puszczy Kurpiowskiej, Meluzynę a wybrałem Gryfa. To był błąd – zmora poprawiła kaptur, wyprostowała się i podeszła bliżej.
– Rzućcie jej coś, lubi aportować. Odkąd wydaje jej się, że spodziewa się potomków stała się łagodna jak baranek. Musimy wyjaśnić sobie kilka kwestii. Chodźcie ze mną do innego wymiaru – spojrzał jeszcze na gryfa i powiedział – Betsi zostań! Jak wrócimy to pobawisz się niedźwiedziem.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 20 – Łódź
9 czerwca 2015
0

Zapadał zmierzch. Helena, Bronek i Napoleon nagle poczuli się bardzo zmęczeni. Z rezygnacją usiedli na zwalonym pniu starego, spróchniałego drzewa, nie bacząc na łypiącą na nich spod kaptura zmorę. Pochylając się w stronę przyjaciół Bronek konspiracyjnym szeptem powiedział:
– To nie ten!
Helena z Napoleonem spojrzeli na siebie zdziwieni.
– Jak to nie ten?!
– To nie jest człowiek w kapturze, który napadł na nas w drodze do babki Eufrozyny. Kiedy złapał mnie za gardło przez chwilę widziałem jego przerażającą twarz, której nigdy nie zapomnę. Mówię wam, to na pewno nie ten!- stanowczo powiedział Bronek, zerkając ukradkiem na nieznajomego, który przypatrywał im się w milczeniu.
– To co teraz robimy? Przenosimy się w inny wymiar i szukamy zakapturzonego, zostajemy na bagnach czy po prostu wracamy do wioski? Mam tego dość!- rzuciła zdesperowana Helena.
– Jeśli wrócicie do domu już nigdy nie dowiecie się, kim jest zakapturzona postać, co z eksperymentami von Lipnicka i jak to się wiąże z babką Eufrozyną. Pora na decyzję, to wasza ostatnia szansa! – mroczna zmora wyciągnęła w ich kierunku rękę.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 21 – Opole
17 lipca 2015
0

Pip, pip, pip, piiiip, piiiiiiii… -Alarm z dwójki, biegiem!- zawołała jedna z pielęgniarek. -Marto, masaż serca! Dożylnie – trzydzieści miligramów adrenaliny! Przygotować defibrylator.

Śmierć, czymże ona jest? Ucieczką, karą, czy może nagrodą? Co nas zabija?- strach, a może czas? – właściwie to my sami… Śmierć, jaka jest? – nieodwracalna.

Asystolia. Tracimy go doktorze! – krzyknęła młoda stażystka.

-Elektrody! Marta żel! Reszta odsunąć się… podłączam 360 volt. – Załaduj!

Najgorsze jest oczekiwanie. Zawieszenie. Bycie pomiędzy życiem i śmiercią. Jeszcze nie całkiem tam. Ale też nie tutaj. Gdzieś w pustce. Próżni. Gdzie nie ma nic prócz… głosu?

(Eufrozyyynaaa) Pip, pip, pip – Jest, mamy go. – załoga odetchnęła z ulgą. – Dobra robota. Podać leki. Natychmiast.

– Doktorze Witkiewicz to niesamowite… – przerywa jedna z pielęgniarek – on otwiera oczy.

– Gdzie ja…j… jes.. jestem? Co… się…? Kim pan jest? – Ociepka z trudem wydusił z siebie kilka słów. – Nazywam się Igor Witkiewicz i jestem neurologiem. – Nie mam siły podnieść rąk ani ruszyć nogami. Czy jestem sparaliżowany? – Proszę spróbować poruszać delikatnie palcami u górnych i dolnych kończyn. Bronek spróbował. Udało się. Mógł poruszać palcami. – Nie jest pan sparaliżowany, jednak nie będę ukrywał, że przed panem długa i ciężka rehabilitacja. Jak się pan nazywa? – Bronek Ociepka. – Imiona rodziców?

– Teresa i Władysław. Co to za szpital? Co się dokładnie stało? Pamiętam atak, krzyki… potem ciemność. I ciszę. Straszną ciszę – Znajduje się pan w Wojskowym Instytucie Medycznym. Zostaliście zaatakowani. Tuż obok was wybuchła bomba. Pańskie obrażenia były najcięższe, traciliśmy już wiarę, że uda się pana uratować. Dwadzieścia sześć miesięcy. Tyle czasu przebywał pan w śpiączce. – Co?! To niemożliwe! Ponad dwa lata?! – wrzasnął Ociepka, próbując odłączyć się od aparatury. – Spokojnie. Proszę się uspokoić. Bronek nie mógł się uspokoić, tak jak nie mógł uwierzyć, że stracił ponad dwa lata swojego życia. – Siostro, proszę podać pacjentowi pięć miligramów valium. – Nie! Nie chcę nic na sen! Chcę wszystko wiedzieć! – Wszystko panu opowiem z czasem, teraz najważniejszy jest odpoczynek. Chwilę później pielęgniarka przetarła mu ramię. Poczuł jedynie ukłucie… – Siostro, proszę później przygotować pacjenta do badań.

Lekarz – wychodząc z sali – nagle zamarł, zatrzymany przez nieprzyjemny zapach przypominający rozkładające się zwłoki.

– Co tak… – odwróciwszy się poczuł jak przez jego ciało przebiega dreszcz niepokoju.

Po chwili jednak otrząsnął się. -Proszę powiadomić rodzinę pacjenta, że dzisiejszy piątek trzynastegotego zdecydowanie nie należy dla niego do pechowych – zwrócił się pielęgniarki. – Doktorze, ale pacjent stracił rodzinę kilka lat temu – odparła zmieszana pielęgniarka. W karcie mamy podaną tylko jego narzeczoną, która od czterech miesięcy nie daje znaku życia.

-Trudno. Musi zostać powiadomiona, skoro tylko ona widnieje w karcie jako bliska osoba.

-Tak jest panie doktorze.

Promienie słońca przenikały przez rolety umieszczone w oknie, rozświetlając ciepłe odcienie beżu i wrzosu na ścianach. Dzień był parny i duszny. Drobinki kurzu, widoczne gołym okiem, wirowały w pasmach światła. Pacjenta powoli zaczynał otulać ciepły, niewidzialny kocyk. Mimo to nie był spokojny. Jego myśli biegły jakby poza nim, same sobie, podążając do sobie tylko znanych miejsc. Powieki ciążyły mu coraz bardziej.

Środek nasenny zaczyna działać, zaraz odpłynę – nie chcę! Nie umiem z tym walczyć… Ten sen o przeszłości… Nie, to niemożliwe, to już było! To nie mogło wrócić!

Kroczyłem w mroku przeszłości, pokonawszy ciemność po raz kolejny stawię jej czoło… – Co pan mówi? – wtrąciła nagle pielęgniarka.

Zignorował ją, zamknął oczy i po chwili odpłynął w objęcia Morfeusza.

 

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 22 – Bydgoszcz
19 września 2015
0

Kiedy Bronek się obudził panował półmrok. Leżał wpatrując się w sufit i zastanawiając jak to możliwe, że jest tu już dwa lata. Usiłował poukładać w głowie strzępki ostatnich wspomnień ale wypełniał go chaos i mętlik.

-Siostro, siostro- zawołał mając nadzieje, że pielęgniarka zjawi się szybko i mu choć wyjaśni jak się tu znalazł i jaki dziś jest dzień.

Rozejrzał się wokoło. Pokój był jednoosobowy. Rolety w oknach były szczelnie zasunięte jakby celowo odgradzając go od świata. Czyżby nie wystarczyły mu przez ostatnie dwa lata mocno zaciśnięte powieki snu? Wtedy zauważył jak brudny jest parapet i sznurki od rolet. W doniczce nie było nic poza zgniłą roślinką. Jeszcze raz rozejrzał się po pokoju i ze zdumieniem stwierdził, że nie działa żadna maszyna , ani kroplówka.

Zegar zatrzymał się na godzinie trzeciej.

Poczuł głęboki, dojmujący niepokój. Pomieszczenie śmierdziało stęchlizną a na ścianach widniały wielkie brązowo- zielone zacieki.

Nagle usłyszał jakiś dźwięk.

– No nieee, nie podoba mi się to – mruknął. Delikatnie nacisnął klamkę a drzwi wydały niemiłosiernie głośny dźwięk. Serce mu podskoczyło aż do gardła, słyszał jego stukot tak wyraźnie, że przez chwilę myślał, że zemdleje.

– Weź się w garść….- szepnął niemal bezgłośnie motywując siebie do wychylenia się z pokoju.

Na korytarzu panowała cisza i mrok… Z sufitu zwisały niedziałające już lampy bez kloszy.

– Czy jest tu ktoś? – zawołał. Jedne z drzwi zaskrzypiały i jego oczom ukazała się wielka postać.

Choć nie potrafił tego zrozumieć jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mu , że nie jest bezpieczny. Cofnął się do pokoju nerwowo rozglądając poszukiwaniu jakiejś potencjalnej broni. Mocno szarpnął za roletę. Unosząc ją zrzucił na siebie tumany ciężkiego kurzu i pajęczyn. Gdy chwycił za klamkę szyby zaczęły pękać. Cały budynek drżał w posadach .

Parter – pocieszył się niezgrabnie wychodząc przez okno. Poczuł pod nogami miękką, zdecydowanie za miękką ziemię.

Nie wiedział dokąd, w którą stronę iść. Budynek wydawał odgłosy jakby miał za moment eksplodować.

Jednak gdy zobaczył ciemną postać zmierzającą w jego kierunku nie zastanawiając się nad drogą pędem ruszył przed siebie.

Nie zabiegł daleko. Ledwo bowiem wyhamował przed wielkim, porośniętym mchem i powojem murem.

– no to nie mam szans- wydyszał łapiąc oddech. Wtedy w ciemności dostrzegł pomiędzy liśćmi małe, okrągłe drzwiczki…

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 23 – Kielce
28 września 2015
0

Bronek bez problemu przecisnął się przez otwór. Czego nie można powiedzieć o dryblasie, który utknął, wywijając łapami i warcząc coś w ojczystym języku Josepha Goebbelsa.

Za murem u podnóża niewielkiego pagórka rozpościerało się jezioro otoczone rzadkim lasem. Linia brzegowa przypominała trójkąt rysowany o północy na oddziale deliryków. Przy każdym z jego quasi wierzchołków płonęło pokaźne ognisko.

Młody Ociepka, otumaniony dwuletnią drzemką, ruszył w stronę najbliższego źródła światła, znajdującego się w zachodniej części krainy. Odrealnienie dodawało mu odwagi. Nie wiedzieć czemu, pierwszy raz w życiu czuł się ważny, czuł, że spełnia ważną misję. Stawiał pewne kroki w tajemniczym półmroku, aż pląsające płomienie pozwoliły dostrzec szczegóły.

Przystanął.

Na udeptanej trawie pośród porozrzucanych plecaków, butelek i papierków leżało piętnaście nastoletnich ciał. Niektóre z nich zatykały uszy dłońmi, jakby uśmiercił je jakiś zabójczy dźwięk. Nad pobojowiskiem czuwała zblazowana babinka, opierająca pomarszczony policzek o drewnianą laskę. Bez ruchu patrzyła w ogień.

Bronek ledwo zdążył wzdrygnąć się na szokujący widok, gdy ktoś szarpnął go za ramię.

– Aaaaa aa aa! – wrzasnął jak oparzony, zapominając o całym swoim bohaterstwie.

– Zamknij się, bo jeszcze nas usłyszy – ostrzegł krzyczący szept. – Co tu w ogóle robisz o tej porze, co?

Owym krzyczącym szeptem okazał się uczeń jednej z bieszczadzkich szkół. Uczestnik wycieczki, której znaczna część dopełniła żywota nad trójkątnym jeziorem. Seba, bo tak go wołali, ocalał tylko dzięki rozwolnieniu, którego nabawił się wypijając czteropak tanich piw w autokarze.

– Nie wiem co to było – zaczął poddenerwowany. – Siedzieliśmy se przy ognisku. Baba opowiadała jakieś smęty o swoim życiu, jakiejś wojnie, Niemcach czy coś – jak to staruchy. Co chwilę wymieniała jakieś strasznie pokręcone imię: Ełfrezyna, czy jakoś tak. Nie słuchałem. Zresztą przypiliło mnie i musiałem w krzaki. A gdy wróciłem, zastałem… zresztą sam widziałeś.

– Co powiedziałeś? – ożywił się Bronek. – Jak brzmiało to imię?

– A co to ma do rzeczy?! Cała moja klasa leży tam martwa, a ciebie interesuje jakieś popieprzone imię?!

Krzyczący szept Seby zmienił się w krzyk w czystej postaci i poniósł się echem po całej okolicy. Bronek nie zareagował. Spojrzał tylko zadumany w stronę świecącego punktu po drugiej stronie nieskazitelnej tafli wody, w której odbijało się więcej gwiazd niż zwykle.

 

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 24 – Opole
5 listopada 2015
0

W nagłym błysku olśnienia pojął, co się z nim dzieje. To nie był jego świat. Ten szpital, ta śpiączka, to przebudzenie, ta ucieczka, ten Seba, to ciało… Spojrzał na swoje dłonie, które ilekroć przywoływał je w pamięci, były pulchne, jako że nigdy nie odmawiał sobie kaszy suto okraszonej skwarkami i naleśników z dżemem, nawet późnym wieczorem. Wydawały się należeć raczej do strudzonego życiem pracownika fabryki niż chłopca, za którego się uważał. Były mocno opalone, wielkie jak bochny chleba i pełne wypukłych żył. Ociepka zrobił szybki przegląd osób o podobnych dłoniach. Zdziwiło go, jak wiele skojarzeń mógł przywołać i jak szerokim ich spektrum dysponował. Miał wrażenie jakby niemal widział potencjalne życia człowieka, w którego ciele tymczasowo przebywa.

To jest inny wymiar. Albo alternatywna rzeczywistość. Albo sen. Albo przyszłość, bo przeszłość raczej nie. A może – przemknęło przez myśl Ociepce – to tylko zwykła powieść ze zwykłych słów pisana na klawiaturze listopadowym wieczorem? W jakimś sensie on – Bronisław Ociepka – przeniósł się między wymiarami. Nie wiedział skąd spłynęła na niego ta iluminacja, po prostu WIEDZIAŁ, jak wie się, że jutro rano wstanie słońce, wokół którego wbrew zdrowemu rozsądkowi krąży ziemia. Pewność skupiona jak wiązka światła nieomal wyrwała go z fizycznej powłoki. Kolory wyostrzyły się i przesłodziły jak AMOLEDy Samsunga, Bronek miał wrażenie, że widzi zarówno każdy liść z osobna, jak i wszystkie razem tańczące w pulsującej harmonii istnienia. Po chwili delektowania się tym uczuciem postanowił sprawdzić do jakiego stopnia włada rzeczywistością, w której przebywa. Obrócił się w stronę Sebka i spojrzał mu głęboko w oczy. Na twarzy skacowanego amatora Bieszczad malowało się niezrozumienie.

– Zniknij zjawo – wypowiedział ochrypłym głosem.

– Hę? O co Ci chodzi stary, uciekłeś z jakiegoś domu wariatów? Masz bzika, tak? No to świetnie, teraz już na pewno się stąd… – I nagle zaczął się rozklejać, jakby zrobiony był z waty cukrowej zjadanej przez niewidzialne dzieci.

– Hej zaraz, co się dzieje, ja zni… – Seba wyparował.

Ociepka uśmiechnął się, a w uśmiechu tym objawiła się Wola. Zmrużył oczy i spojrzał na staruszkę wpatrującą się w ognisko. Powoli ruszył w jej stronę. Nie odwróciła się, gdy podszedł bliżej, choć wiedział, że słyszała każdy jego krok.

– Nie musisz nic mówić, czuję, że przebudziłeś się już ze snu. Tak, to nie ostatni etap twojej podróży, ale poczyniłeś wielkie postępy. Martwiliśmy się, że już nie obudzisz się ze śpiączki, ale twoja istota jest silna – powiedziała staruszka. – Teraz możesz wrócić do swoich przyjaciół, ale czeka cię jeszcze jedno spotkanie. Ktoś od dawna szepta ci pewne imię, prawda?

 

***

Obudził się. Znowu. Znajdował się w jakimś bliżej nieokreślonym czasie i miejscu. Jego spojrzenie obejmowało srebrne pagórki, które ciągnęły się aż po horyzont. Wibrowały na nich jakieś istoty, mieszkańcy tej osobliwej przestrzeni. Nie miały ciał, były duchami o nieokreślonych kształtach. Nieprzerwanie wypuszczały z siebie tęczowe chmurki, wydając przy tym radosne, bzyczące odgłosy. – Tak oddychają – pomyślał Ociepka – chociaż to oddech dalece bardziej subtelny niż ludzki. Nie zdziwiło go, że tutaj, w tej przestrzeni wibracji, sam także nie posiada ciała. Był patrzeniem obejmującym swoją obserwacją wszystko przed sobą, czuł się jak jedno skupione oko.

Po chwili coś nawiązało z nim kontakt. Nie jest to najwłaściwsze określenie. W zasadzie było to tak, jakby coś wypełniło go swoją obecnością, przenikając do samego szpiku… hm, ducha? Istota, która się w nim pojawiła natychmiast przekazała mu myślokształt – cichą radość, która przybrała formę fioletowych, falujących firanek. To było przywitanie.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 25 – Kielce 2
16 listopada 2015
0

Nie był pewien, jakie dokładnie zmysły ma do dyspozycji w tym świecie. Myślokształty odbierał podświadomie, przez jakiś bliżej nieokreślony warkocz spływającej na niego ciepłej siły, przypominającej nieco morską bryzę, ale nie muskającej jego twarzy, a całą duszę. Barwy wirowały dookoła, rozmazywały się w pastelowej mgle, a sam Ociepek czuł się niezwykle lekko. Jakby rzeczywiście był poza ciałem.

Przywołał z pamięci opowieści szkolnych kolegów, którzy przechwalali się jak to w ukryciu przyjmowali przeróżne nielegalne specyfiki. Bilety do innego wymiaru – tak mówili. Pod wpływem tych substancji wyobraźnia mogła przenieść się na zupełnie inny poziom postrzegania rzeczywistości. Jednak w tym świecie to nie narkotyki były kreatorem odczuć i wizji. To było coś niepojętego.

Wzrok Bronka przebijał się między płynącymi postaciami. Przepychał się jak złodziej, którego w tłumie ścigają policjanci. Biegł przed siebie, chłonąc kolorowe myślokształty przechodniów. Z każdą chwilą nabierał jednak przekonania, że cała ta niewypowiedziana życzliwość to jedynie ułuda i kamuflaż dla czegoś niepokojącego. Czuł, że coś tu nie pasuje, że coś zdecydowanie jest nie tak. Otoczenie płowiało wprost proporcjonalnie do jego coraz bardziej podejrzliwego toku myślenia. Z drugiej strony stawał się coraz mniej spokojny i nieufny widząc szarzejący świat. Znów echem w głowie odbijała się Eufrozyna. Jak królowa mroku wkraczała do umysłu Bronka, beznadziejnie od niej uzależnionego. Ledwo już pamiętał tamten wtorkowy poranek sprzed lat – ostatnie chwile spokoju, kiedy słowo Eufrozyna brzmiało raczej jak składnik konserwujący napoje gazowane, a nie symbol jego słabości. Tak dogłębnie przesiąkł obsesją, że nie znał innego życia poza tym, które ostatnio prowadził. Chociaż „życie” to niewłaściwe określenie. On po prostu był, istniał cholera wie gdzie, a wszelka tęsknota za czymś tak abstrakcyjnym jak dom, była tłumiona niczym przeraźliwe jęki zakneblowanego zakładnika.

Podejdź Bronku. – słodki, miękki myślogłos przywołał go w stronę pobliskiej wirtualnej ławki. Wiedział, że nawet nie musi odpowiadać. Jest tu jedynie po to, by słuchać, chłonąć magnetyzm tajemnicy jak obłąkany, który bezkrytycznie przyjmuje kolejne dawki swojego urojenia.

-Masz jedyną szansę, żeby spotkać Eufrozynę. Tego pragniesz, prawda? – kształtociarki przeszyły go na wylot.

Dłuższa chwila milczenia aksamitnej istoty tylko wzniecała ogień ciekawości Ociepki.

– Masz jedyną, pierwszą prawdziwą i ostatnią szansę… Chodź za moim cieniem, a nie pożałujesz. Wejdziesz do Królestwa Eufrozyny raz na zawsze i już nigdy nie będziesz Bronkiem Ociepką. Zaufaj głosowi, który przywiódł cię aż tutaj i wypełnij swoje przeznaczenie. Odkryj tajemnicę. Jestem tu po to, by cię poprowadzić, lecz pamiętaj, że powrotu nie będzie.

– Albo powiedz jedno słowo, a obudzisz się w swojej chacie jako przygłupi syn starej Ociepki i nie będziesz pamiętał niczego, co stało się, gdy pierwszy raz Eufrozyna do ciebie szepnęła.

Wybór był jaskrawo oczywisty. Mimo desperacko krzyczącej gdzieś w oddali jego prawdziwej świadomości, podjął decyzję. Coś tu jednak nadal nie pasowało. Coś… nie grało.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 26 – Kraków
9 marca 2016
0

– Coś tu nie gra, co…? – Chciał zapytać.

– Nie gra, nie gra, nie gra… – Słodkie brzmienie zamieniło się w oddalające echo.

– Ale co…?

– Nic, nic… – Echo niemal ucichło, a tajemnicze otoczenie poczęło się rozmywać. – Nic, ni… nicht. Nicht.

Zszokowana świadomość Bronka z wolna rejestrowała, że oto słodycz głosu przeistacza się w męski, rzeczowy ton mówiący niemczyzną, zaś niezrozumiały mu, tajemniczy wymiar nabiera realnych kształtów prostopadłościanu białego pokoju.

– Znowu szpital. – Ociepka szepnął sam do siebie.

– Witaj chłopcze. – Najpierw usłyszał, a potem dopiero ujrzał doktora Witkiewicza. Obok niego stał i spoglądał na zegarek inny mężczyzna w białym, lekarskim kitlu.

– Also… Er hat zehn Stunden geschlafen. – Nieznajomy spokojnie rzekł w stronę doktora.

– Ja, ja. – Niedbale odpowiedział mu Witkiewicz, po czym zwrócił się do Bronka. – Słuchaj chłopcze, jak się czujesz? Po zastrzyku powinno ci się dobrze spać. Wiesz, po wyjściu z tak długiej śpiączki niebezpiecznie wystawiać świadomość na nadmiar bodźców, dlatego powinieneś zachować spokój i w miarę płynnie przechodzić do, że tak to nazwę, świata żywych.

– Śniło mi się – Ociepka zadrżał i zaczął szeptać – coś dziwnego, godzina trzecia… Uciekłem stąd. Była jakaś wojna, staruszka przy zwłokach, potem, potem sam nie wiem co, dziwne głosy jakieś, słodkie takie, przyjemne aksamitnie…

Doktor słuchał. Nie wyjaśnił jednak znaczenia sennych widzeń, na co Bronek miał cichą nadzieję. Przedstawił za to człowieka obok.

– To jest doktor Hans Röhm-Schwarzmüller, ceniony niemiecki neurolog, profesor Uniwersytetu Ludwika Maksymiliana w Monachium. Zajmuje się badaniem długotrwałych urazów świadomości, śpiączki i wyłączeń funkcjonowania ośrodkowego układu nerwowego.

Niemiec skinął głową.

– Możesz być spokojny, jesteś u nas pod dobrą, fachową opieką. Dołożymy wszelkich starań, abyś mógł na nowo wrócić do społeczeństwa. Doktor Schwarzmüller ma wielkie doświadczenie w temacie, już wielu pacjentom pomógł na nowo ułożyć swoje życie. Pochodzi zresztą z utalentowanej rodziny, od pokoleń zajmującej się medycyną. Ot, choćby jego dziadek ze strony matki, pomyśl chłopcze, zostawił ogrom notatek dotyczących badań nad przedłużaniem życia oraz działania ludzkiego mózgu. – Witkiewicz mile się uśmiechnął do chłopaka.

Stojący obok Hans chyba zrozumiał, o czym była mowa, bo odwrócił się w stronę Bronka i odezwał ciepłym głosem.

– Mein Opa… – jego dobrotliwą twarz rozjaśnił uśmiech – Andreas von Lipnick.

Bronek nigdy bliżej nie obcował z urokiem mowy Goethego, lecz znane mu nazwisko zabrzmiało w uszach niczym grzmot. Jego umysł zaczęła wypełniać panika. Pomyślał, że chyba istotnie znalazł się w piekle, w której to teorii utwierdzało go wspomnienie matki niegdyś straszącej, iż diabli mówią po niemiecku. Wszystko się zgadza!

– Chh… choććbym szedł przez ciemną dolinę – zęby Ociepki zaczęły szczękać ze strachu – to zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną – niezdarnie próbował wydusić słowa, które pamiętał z kazań proboszcza.

Twarze obu lekarzy wykrzywił grymas przerażenia. Zaczęli się oddalać płynnym ruchem niczym tajemniczy wymiar, z którego Bronek wydostał się kilka chwil wcześniej.

– Słowa mają moc… – Ociepka jeszcze usłyszał gasnący tembr głosu Witkiewicza. Chłopaka wypełniło uczucie coraz szybszego spadania. Z niepokojem pomyślał, że każdy swobodny lot musi się zakończyć lądowaniem, a owo może być nieprzyjemnym uderzeniem.

– Ręce połamię, nogi obie, o rany kota… – Chciał zakrzyknąć, jednak uciszył go znany mu głos…

– Co tam znowu burczysz, matole jeden.

Oto skołowany Ociepka przecierał nieprzytomnie sklejone oczy, znów siedząc na spróchniałym pniu pospołu z Heleną, Napoleonem i posępną, zakapturzoną zmorą.

– Wiecie co, coś mnie się uwidziało, ja to chyba kołowaty jaki zaczynam się robić – rzekł skonfundowanym głosem.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 27 – Opole
20 marca 2016
0

Helena i Napoleon z niepokojem spoglądali na Bronka. Przyjaciel wydawał im się nieswój. Owe – jak je nazwał – uwidzenia, zdarzały mu się coraz częściej, co kładło się cieniem na jego twarzy. Niegdyś jowialna i beztroska, bez choćby śladów zadumy świadczącej o wyższych funkcjach umysłowych jej posiadacza, teraz zdawała się roztargniona i nieobecna, rzekłbyś: twarz fizyka kwantowego, rozwiązującego równania funkcji falowej lub twarz poety, zasłuchanego w słodko szepczącą mu do ucha Erato. Nerwową atmosferę wyczuła nawet posępna, zakapturzona zmora, chwilowo odpuszczając sobie absurdalne dowcipkowanie rodem ze świata dysku Pratchetta.

Bronek także zauważył w sobie pewne zmiany. Nie czuł się już tak ociężały umysłowo jak kilka dni temu i miał wrażenie, że całe jego życie w wiosce było jedynie preludium do wyzwań, jakim niebawem miał sprostać. Jakim niebawem sprosta. Był medium, umiał komunikować się z zaświatami, wychodzić z ciała i przenosić się w czasie. Był tego pewny.

– No więc podsumujmy – podjął Napoleon – przeniosłeś się w czasie do jakiegoś szpitala, gdzie byłeś mężczyzną w średnim wieku o żylastych dłoniach, uciekłeś stamtąd goniony przez Niemców, po czym – uznawszy, że to sen – przeniosłeś się do krainy ducha i przez kilka godzin podróżowałeś bez ciała po jakimś astralu? – Napoleon powiedział to głosem nieufnym i zmartwionym.

– Ehe – odrzekł tępo Bronek. Napoleon i Helena wymienili niespokojne spojrzenia.

– Przecież wiedzieliście – wtrąciła zmora – że Bronisław potrafi komunikować się z zaświatami. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Nie pora się dziwować. Musimy schwytać Krucznika.

– Krucznika?!? – zakrzyknęła chórem kompania.

– Tak, Krucznika – pokiwała głową. – To Krucznik stanowi klucz do całej zagadki. On jeden zna sekret Eufrozyny, był bowiem głównym pomocnikiem von Lipnicka i inicjatorem eksperymentów roku 1940. Został jednak zdradzony i spłonął w pożarze razem ze wszystkimi dowodami. Teraz błąka się gdzieś między planem astralnym a materialnym i szuka zemsty na każdym żyjącym stworzeniu. Nie będzie łatwo przekonać go do mówienia… To dusza na wskroś przeżarta złem.

– A skąd Ty to niby wszystko wiesz? – wychrypiała Helena.

– Nie czas na wyjaśnienia, musimy się pospieszyć – zmora nie wiadomo skąd wyciągnęła niebieski zwój, który na chwilę zawisł w powietrzu, po czym transmutował w pulsujący, akwamarynowy portal, wysoki na dziesięć stóp i tak samo szeroki.

– A niech tam – Helena machnęła ręką. – Miejmy to już za sobą – oznajmiła i po chwili zniknęła w krótkim błysku światła.

***

Podróż nie należała do najprzyjemniejszych, świat kręcił się w szaleńczym tempie i nie zwalniał ani na moment. Bronek pomyślał, że to trwa już zbyt długo. W chwili, w której uznał, że nie powstrzyma już wymiotów, wylądował na miękkim, pokrytym mchem pniu. Jego przyjaciele już tam byli, za to po zakapturzonym, nie było nawet śladu. Helena, która najszybciej doszła do siebie, bawiła się odzyskanym nożem, Napoleon z trudem łapał powietrze. Bronek rozejrzał się.

Pień, na którym wylądowali, znajdował się na skraju starego cmentarza, pełnego zniszczonych nagrobków i śmierdzącego butwiejącym drewnem. Nad cmentarzem, zataczając szerokie kręgi, latały jak opętane całe chmary kruków.

– Gdzie my, u diabła, jesteśmy?!? – syknął Napoleon.

– W miejscu… – nieoczekiwanie dla samego siebie odpowiedział Ociepka – W miejscu mocy. W miejscu, w którym coś się wyjaśni.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 28 – Rzeszów
31 marca 2016
0

Głośne krakanie olbrzymich ptaków zagłuszyło wypowiedź Bronka.

– Coś się wyjaśni?! – krzyknął Napoleon z całych sił, jednak przyjaciele usłyszeli zaledwie końcówkę zdania. Zdawało się, jakby byli w królestwie tych czarnych ptaków, które nie dopuszczały nikogo innego do głosu.

Napoleon w myślach przeklinał stado kruków i całe cmentarzysko. „Coś się wyjaśni” powtarzał sam do siebie. Byłoby bardzo miło, gdyby w końcu coś się wyjaśniło, a najlepiej wszystko! – chłopak miał dosyć niekończących się zagadek, uwikłanych w nie postaci i ciągłego strachu. Odkąd wraz z Bronkiem i Heleną podjęli decyzje o tej wyprawie ucisk w żołądku nie ustępował. Mglisty las, bagna, zakapturzona agresywna postać, spotkanie z nieżyjącą babką, opowieść Tolfika, gryf – wszystko zdawało się być snem a równocześnie tak dotkliwie było przez niego odczuwane. Prawa strona twarzy aż do ucha paliła żywym ogniem przez uderzenie w lesie. Nogi miał jak z waty – ni to ze strachu, ni ze zmęczenia. A może z głodu? Zaraz, kiedy ostatnio coś jadł? Grochówkę w starej chacie. Ale czy ona była prawdziwa? Napoleon sam nie wiedział co jest snem, a co jawą. Jakaś część jego osobowości pragnęła brnąć dalej w tę przygodę, przeżywać ją, odkrywać tajemnice. Z drugiej strony tęsknił za wioską, GS-em, nawet za plebanem – za normalnością. Był zły na Ociepkę, że wplątał go w zawiłą historię swojej babki. Jednak chciał mu również podziękować. Czyż jego nudne życie właśnie nabrało barw? Czuł w sobie same sprzeczności. Jakby życie było kierowane przez dwa oszalałe wilki: jeden – biały, spokojny, opanowany, rozsądny; drugi – czarny, wyrywny, pobudzony, szybki. Który go poprowadzi? Którą drogę wybierze? Czy w ogóle ma jakiś wybór? Być może wszystko potoczy się własnym rytmem, zapisanym w gwiazdach, a on – Napoleon – nie ma na to wpływu? „Daj się ponieść!” – zdawało się, że szepcze jesienny wiatr.
-Napoleon! Napoleon! Idziesz czy umówiłeś się z jakimś trupem na kawę? – zabrzmiał zniecierpliwiony głos Bronka.
-Ale dokąd? Chcesz się zagłębić w ten cmentarz? Według mnie nie znajdziemy tu nic ciekawego! – odpowiedział i już miał zamiar zawrócić z krętej alejki między grobami. Zauważył, że krąg, który zataczały kruki nad ich głowami stawał się coraz węższy…
-Lepiej stąd choo .. –zaczęła Helena, ale w tym momencie zamarła wpatrując się w drewniany krzyż nad grobem. Chłopcy podeszli bliżej. Oczom całej trójki ukazał się starannie wyryty napis na wąskiej tabliczce: O. H. von Lipnick.
Grób był pusty.

Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 29 – Toruń
16 kwietnia 2016
0

…czeluści pustego grobu zdawały się hipnotyzować Młodych Nieszczęśników. Grób zdawał się nie mieć dna. Okruchy ziemi osuwające się weń ze sterczący konarów znikały w tej ciemności bez echa, jakoby spadając docierały do samego Jądra Ziemi…Czeluści Piekielnych…Epicentrum Zła, z którego to uwolniona została właśnie Niszczycielska Siła. Przestała istnieć ostatnia granica między światem żywych i umarłych. Światy te zaczęły się wzajemnie przenikać. Nadszedł moment dokonania się Ostatecznego Zła…Zła, którego początki sięgają chwili stworzenia świata…Zła, które przez wieki podsycane było ludzką nienawiścią, karmione rządzą władzy i pojone agresją.

Nagle wszystkie dźwięki ucichły….wszystko zamarło w oczekiwaniu. Liście pozostałe na obumarłych konarach przestały szeleścić na wietrze….kruki zawisły w bezruchu. Cisza, czy może niemy okrzyk przerażenia?

Elektryzująca czerń pulsowała przed ich oczyma przeobrażając się w złowrogie myślokształty … wnikając w głąb ich ściśniętych ze strachu serc. Bezskutecznie próbowali  przeniknąć wzrokiem rozpościerające się pod nimi ciemności… tkwili zawieszeni między mrokiem emanującym z wnętrza ziemi, a mrokiem bezgwiezdnego nieba…zawieszeni między niebem, a ziemią…będąc tam, a jednocześnie będąc wszędzie i nigdzie. W myślach każdego z nich ciemność ta nabrała materialnego wymiaru, przeobrażając się w formy znane im z najgorszych koszmarów.

Płomienie trawiące wszystko…żywioł, który przekształca każdą cząstkę życia w popiół – to  w ciemnościach dostrzegł Napoleon. On – młodzieniec z pozoru beztroski, pełen pozytywnej energii i otwarty na ludzi – chował w pamięci wspomnienia pożaru, w którym zginęli jego rodzice i dziadkowie. Szczęśliwe dzieciństwo przerwane zostało przez jedną iskrę z pieca, od której zapłonął cały dom. Osoby przebywające wewnątrz nie miały żadnej szansy na ucieczkę, uwięzione w klatce o prętach z dymu i ognia. Napoleon bawiący się w tym czasie w ogrodzie mógł jedynie przyglądać się z rozdartym sercem jak oto nastaje kres świata, który znał. I właśnie teraz – tkwiąc wraz ze swoimi przyjaciółmi nad pustym grobem – wrócił myślami do tej przerażającej chwili… czuł na swych policzkach gorący oddech ognia… swąd spalenizny otulił go szczelnym kokonem. Podobnie jak te 15 lat temu stał w niemym przerażeniu, bezwiednie zaciskając pięści w geście bezsilności. Wraz z przerażeniem powróciły wątpliwości i pytanie…pytanie, na które odpowiedzi bezskutecznie poszukiwał w swym sercu od lat, jednocześnie pragnąc by pozostało ono bez odpowiedzi. Nieszczęśliwy wypadek…nieuchronność losu? A gdyby postąpił zgodnie z poleceniem dziadka i nie dorzucał tej ostatniej szczapy drewna do pieca…czy nieuchronność zatraciłaby wtedy znamiona nieuchronności?

Bronek nie był w stanie oderwać wzroku od smolistej czerni rozlewającej się u jego stóp…to był ten sam odcień czerni…odcień czerni, który miała sierść bestii. Po dziś dzień w jego pamięci pozostał obraz rottweiler’a , który rozszarpał mu nogę, a jego młodszego braciszka oszpecił na całe życie. Patrząc w głąb pustego grobu niemalże słyszał dzikie wycie rozsierdzonego psa. Wycie istoty doprowadzonej do ostateczności. Dziecięce wybryki – tylko tym były zabawy, które uskuteczniali z bratem. Niemożliwy do przewidzenia był stopień agresji, jaka obudziła się w psie sąsiadów w odpowiedzi na łobuzerskie zaczepki. Ale czy na pewno on – dobrze wychowany, inteligentny chłopiec – nie był w stanie przewidzieć, że pies kieruje się pierwotnym instynktem przetrwania i na atak odpowiada atakiem o zdwojonej mocy? W jego umyśle podobnie, jak w umyśle jego przyjaciela wciąż pojawiało się pytanie o rzeczywisty wymiar nieuchronności…o możliwość zapobiegnięcia katastrofy.

Helena…Helena nie była w stanie wrócić wspomnieniami do dnia, który odcisnął piętno na jej losach. Jedyne, co była w stanie robić to wydawać z siebie niezrozumiałe dźwięki…słowa modlitwy, które wypowiedziane przez spierzchnięte, zaciśnięte usta odarte zostały ze znamion wiary.

Strach w najczystszej postaci …   oto co stanowiło oręż Złego w walce w trójką przyjaciół. Wyzwolone zostały ich własne, z dawien dawna skrywane demony. Każdy z osobna pielęgnował w  sercu mroczną tajemnicę…sekret, do którego nikogo nie dopuścił…wspomnienie wydarzeń, które położyły się cieniem na ich dalszych losach i psychice.    Każdy z nich otarł się w swym krótkim życiu o Śmierć…balansując na granicy bytu i niebytu zdołali już raz wymknąć się z Jej rąk. Pozostali wśród żywych, choć wyrok był jednoznaczny – śmierć bez prawa do apelacji. Właśnie dlatego ich drogi skrzyżowały się teraz w tym ciemnym lesie, nad pustym grobem – gdzieś na skraju nicości, na obrzeżach absurdu. Śmierć jest bowiem pamiętliwa i każdy, kto – choćby raz – wykorzysta jej nieuwagę, sprowadzi na siebie Jej złość i rozbudzi żądzę zemsty. Możliwym jest zwodzenie Sił Zła. Jak długo można jednak stawiać opór nieuchronności losu? Całe życie…tylko, że kres życia nastaje wtedy znacznie szybciej, w przerażających okolicznościach, a zmagania okupione są niewymownym cierpieniem.

Każdy z osobna stał się bezwolnym uczestnikiem procederu zapoczątkowanego w nazistowskim laboratorium, a kontynuowanego latami przez następców von Lipnick’a – wyznawców pradawnego kultu mitycznej Eufrozyny. Choć to naziści po raz pierwszy nadali idei znamion nauki – prowadząc eksperymenty na przymusowych ochotnikach – pragnienie przezwyciężenia Śmierci żarzyło się w sercach ludzi od zarania dziejów. Receptura medykamentu przedłużającego życie stworzona przez von Lipnick’a zachowana została pomimo pozornego zakończenia działań operacyjnych Grupy Grazienbatallion. Dalsze jawne działania stały się niemożliwe ze względu na oficjalne zakazanie działalności „Szwadronów Nieśmiertelności” – jak zdarzało się określać asystentów von Lipnick’a. Zgoła niemożliwym stało się kontynuowanie badań w pierwotnej formie.  Klęska Fuhrera zmusiła by eksperymenty prowadzone były na mniejszą skalę, na obiektach starannie wyselekcjonowanych spośród lokalnej społeczności. Jakie czynniki wpłynęły na decyzję o wyborze trójki młodych przyjaciół do kolejnego etapu Projektu Euphrosyne? Zapewne przypadek…przypadek sprawił, że to właśnie im zaaplikowany został w zupełnej tajemnicy specyfik powstrzymujący Śmierć…przypadek zapoczątkował makabryczny ciąg zdarzeń, w efekcie którego znaleźli się w obecnym położeniu. Nieprzypadkowe natomiast jest wszystko to, co stanowi konsekwencje wydarzeń z przeszłości. Nieprzypadkowo to właśnie z nimi nawiązała kontakt Stara Ociepkowa…Oni jako jedyni spośród dzieci poddawanych eksperymentom wciąż pozostali przy życiu.

Iskra…iskra, która rozpaliła w sercach trójki przyjaciół żywy ogień  – oto czym stał się widok pustego grobu. W tym momencie każdy z osobna podjął świadomą decyzję, że nie spocznie dopóki nie wypełni swego przeznaczenia….dopóki nie położy kresu działaniom „Szwadronów Nieśmiertelności”.  Już nikt więcej nie ucierpi. Za dużo krwi zostało przelanej, za dużo ofiar zabrała ze sobą Eufrozyna. Koniec nastanie nieuchronnie… lecz czego lub kogo to będzie Koniec? Czas pokaże…