Recenzje

Poniższe książki do nabycia w Tak Czytam w bardzo atrakcyjnych cenach:

„Ostatni wykład” – Randy Pausch

Z racji wykonywanego zawodu lubię sięgać po książki mówiące o chorobach, takie, które nawiązują do medycyny itd. Dlatego z wielką chęcią i zainteresowaniem sięgnąłem po pozycję „Ostatni wykład”
„Okoliczności naszego spotkania są dość niezwykłe. Od półtora roku walczę z rakiem trzustki, ale popatrzcie: tu są najnowsze zdjęcia USG, na których widać kilkanaście guzków atakujących moją wątrobę”- taki właśnie słowami rozpoczął swój Ostatni Wykład Randy Pausch.
Randy Pausch- profesor uniwersytetu Carnegie Mellon w Pitsburghu dowiaduje się, że ma raka trzustki i czeka go kilka miesięcy życia. Pewnie większość z nas załamałaby się , pojawiłoby się milion pytań bez odpowiedzi. Tylko niewiele osób umiałoby postąpić tak jak Randy- mimo wszystko czerpać radość z każdego przeżytego dnia i łapać z życia ile się tylko da.

Książka nazywana jest testamentem autora. Myślę, że jest w tym sporo prawdy. Pausch stworzył ją po to, by jego małe dzieci mogły kiedyś przeczytać o tym jaki był ich zmarły ojciec. A był niesamowitym człowiekiem. Pokazał jak być szczęśliwym w swoim życiu, jak dzielić się z innymi, jak realizować swoje marzenia, nawet takie, które siedzą gdzieś w nas od dzieciństwa. Randy pokazał nam swój stosunek do choroby i śmierci. Nie był on zbiorowiskiem czarnych myśli, płaczu i cierpienia. Wręcz przeciwnie- autor był niesamowitym optymistą i tego moglibyśmy się od niego uczyć. Czasami załamujemy się, gdy coś nie pójdzie po naszej myśli, gdy coś nam nie wyjdzie. Randy nawet w tak trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł potrafił we wszystkim znaleźć dobrą stronę. W powieści możemy natrafić na liczne zdjęcia z różnego okresu życia autora, oraz Jego bliskich.
„Ostatni wykład” zdecydowanie jest wartościową książką. Po przeczytaniu skłania do zadumy, do rozmyślań na różne życiowe tematy. Pokazuje, że warto do samego końca walczyć o siebie, o swoje marzenia…

http://damianooczyta.blogspot.com

 


 

„Wewnątrz umysłu kierowcy Grand Prix” – Christopher Hilton

Profesor Sid Watkins jest najbardziej szanowaną osobą w Formule 1. (…) W podsumowaniu sezonu roku 2000, wydanym na taśmie wideo (Duke Video), ktoś zapytał go o Coultharda, który zaledwie kilka dni po wypadku lotniczym ścigał się w zawodach: „Czy umysł kierowcy wyścigowego jest pod jakimś względem wyjątkowy?”. Tylko Profesor mógł sobie pozwolić na taką ripostę: „Cóż, oni nie mają mózgów, więc to dosyć proste…!”

No właśnie, jak to jest z tymi kierowcami Formuły 1? Co się dzieje w ich umysłach?

Takie pytania zadawałem sobie nie raz, namiętnie oglądając kwalifikacje i wyścigi w tym, jak i w poprzednich sezonach. Christopher Hilton postanowił znaleźć na nie odpowiedzi, rozmawiając z wieloma gwiazdami tegoż motosportu. Książka ta stanowi zbiór wywiadów nie tyle na temat samych wyścigów i punktacji, co właśnie na temat relacji między zawodnikami, ich myśli, uczuć, emocji im towarzyszących…

I tak, na łamach książki pojawiają się m.in. Michael Schumacher, Nick Heidfeld, Rubens Barrichello, Kimi Raikkonen, Jenson Button, ale także postaci, które odeszły już dawno do historii, jak Ayrton Senna, Jean Alesi, Roland Ratzenberger, Eddie Irvine czy Alain Prost. Dla fanów Formuły 1 – bardzo wartościowa pozycja, ukazująca kulisy wielu wyścigów, wypadków, a także pozwalająca poznać kierowców i ludzi-legendy z zupełnie innej strony.

http://3telnik.pl/wewnatrz-umyslu-kierowcy-grand-prix-christopher-hilton/

 

 

wewnatrz-umyslu-kierowcy-grand-prix-b-iext22033145


 

„Ostatnia czerwona śmierć” – Paul Johnston

Jakoś tak – nie bez powodu i pewnie domyślicie się sami, dlaczego – większość kryminałów, jakie miałem okazję przeczytać, umiejscowiona była w USA (opcjonalnie w Wielkiej Brytanii), w Polsce, albo – tak, tak, zgadliście – gdzieś w Skandynawii. Kiedy zatem mój wzrok przykuła książka o greckiej fabule, w której nic nie zapowiada wielkiego wesela ;), postanowiłem dać jej szansę, mimo że autor był mi całkowicie nieznany, podobnie jak i Wydawnictwo Baobab, które w 2004 roku zdecydowało się opublikować to dzieło w naszym kraju.

W 1976 roku Trent Helmer, amerykański dyplomata, zostaje na oczach swojej żony i córki brutalnie zamordowany przez ugrupowanie terrorystyczne dowodzone przez niejakiego Iraklisa. Po 25 latach jego córka, Grace, postanawia wrócić do porzuconej wówczas Grecji, by odnaleźć zabójcę i zrozumieć, jakimi przesłankami się kierował.

Wynajmuje w tym celu prywatnego detektywa, Alexa Mavrosa, choć nie wie, że ten jest osobiście nieco uwikłany w historię grupy Iraklis – jego brat zginął bez wieści wiele lat temu w tajemniczych okolicznościach, a po raz ostatni widziany był w towarzystwie jednego z jej członków. Przypadkiem w tym samym czasie do Grecji wraca również sam Iraklis. Czy uda się go złapać? Czy to on jest odpowiedzialny za mające niedawno miejsce zabójstwa znanych biznesmenów? Grace i Alex wkraczają w mroczny, grecki labirynt, z którego może nie być wyjścia…

Przyznam szczerze, że dopiero z tydzień po lekturze tej książki odkryłem w serwisie Goodreads, że jest to… drugi tom. Nigdzie, absolutnie nigdzie nie było w książce zaznaczonej informacji o tym fakcie. Nie zmienia to jednak faktu, że w ten sposób zyskałem potwierdzenie, że w tym przypadku można przeczytać drugi tom bez znajomości wcześniejszych wydarzeń i czerpać z tej lektury satysfakcję. Bo nie ukrywam, że przygody Alexa MAvrosa i Helen Grace, choć czasem mrożą krew w żyłach, mnie osobiście zaciekawiły.

Przyjemnie było razem z nimi wędrować po nieznanej mi Grecji, przenieść się tam z tych wszystkich zakątków świata, które już wzdłuż i wszerz zostały opisane w książkach 😉 Polecam i Wam tak uczynić – niekoniecznie z Grecją Paula Johnstona, ale… sięgnijcie po książkę, której akcja dzieje się w jakimś nieznanym Wam miejscu. Satysfakcja z odkrywania nieznanego gwarantowana. A jeśli chcecie wiedzieć, czyja śmierć była ostatnia i dlaczego właśnie czerwona – pozwólcie się porwać Alexowi Mavrosowi 🙂

http://3telnik.pl/ostatnia-czerwona-smierc-paul-johnston/

ocs

 


 

Simon Tofield „Kot Simona kontra reszta świata” 🙂

 

Dziś recenzja nietypowa, bo komiksu. Za to jakiego!

W 2008 roku YouTube zawojował pewien biały kot – a właściwie kilka kresek, które składają się na kota. Autorem krótkich filmików jest rysownik Simon Tofield, Pamiętam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam animację „Simon’s Cat: Cat Man Do”, zwariowałam. Po prostu zwariowałam. Zakochałam się z miejsca w kocie i w talencie Simona Tofielda. Bo zanim przejdę do komiksów z serii, musicie wiedzieć jedno – zanim Grumpy Cat i Lil Bub zostali gwiazdami – niekwestionowanym królem Catnetu był właśnie Simon’s Cat – Kot Simona. Kot teoretycznie fikcyjny, ale przejawiający cechy najprawdziwszego kota. Wiem, bo mój jest taki sam 😀

Simon Tofield idealnie uchwycił w filmikach typowe kocie zachowania (zawsze zakończone wskazaniem na miskę, bo koteczek jest głodny ;)). Obawiałam się, że w komiksie to się nie uda, że komiks jest zbyt… hmm… statyczny. Myliłam się.

Simon’s Cat to marka znana na całym świecie – to wydawane co roku kalendarze w różnych formatach, gadżety typu podkładka pod kubek, poduszka (jak wyżej), breloczki etc.

Dlatego właśnie, kiedy w księgarni Tak Czytam wybierałam książki do recenzji, nie mogło wśród nich zabraknąć komiksu „Kot Simona kontra reszta świata” (tego akurat nie znałam).

W domu w zasadzie od razu siadłam do „lektury” i ze śmiechem podziwiałam każdy rysunek Tofielda.

TO GENIUSZ.

Każda strona w tym komiksie to osobna historia, każdy obrazek to osobna „kontra” dla Kota Simona. Wszystkie są zabawne, a im dłużej się je podziwia, tym więcej zaskakujących szczegółów człowiek w nich widzi. Poznajemy Kota Simona jako kota zwariowanego, sprytnego, czasem leniwego a czasem słodkiego jak cukierek, władczego (zwłaszcza wobec innych zwierząt z okolicy) i wiecznie głodnego. Sprawia wrażenie, jakby skumulowały się w nim wszystkie koty świata 🙂

„Kot Simona kontra reszta świata” to pierwsza książka z serii w kolorze. Cóż, mimo mojego sceptycznego podejścia do używania kolorów (może to kwestia przyzwyczajenia do czarno-białych filmików), muszę przyznać, że nie ujmuje to uroku tym komiksom.

Jeśli chcecie zapoznać się z resztą serii – tu można je znaleźć.

Polecam Wam nie tylko tę jedną, ale wszystkie części „Kota Simona” jako kociara (ręczę Wam, że każdy kociarz znajdzie w bohaterze komiksów znaczną część własnego kota), jako recenzent, a w końcu jako osoba doceniająca dobrą kreskę rysownika. Jeśli tylko potrzebujecie chwili wytchnienia, poprawy nastroju – sięgajcie po książki Simona Tofielda! Dobry humor gwarantowany 🙂

Karolina Furyk


 

Alexander Soderberg „Andaluzyjski przyjaciel”

 

Jakiś czas temu zainteresowała mnie seria o Sophie Brinkmann – bohaterce „Andaluzyjskiego przyjaciela”. W Polsce wydano ją w ramach „Czarnej Serii” Wydawnictwa Czarna Owca. Kiedy zobaczyłam pierwszy tom w księgarni Tak Czytam – wiedziałam, że będzie to książka, którą wybiorę do recenzji.

Usiadłam sobie wygodnie, w upalny, lipcowy dzień, otworzyłam książkę i BACH! Opis pościgu z motocyklem w roli głównej. Naprawdę dobry opis. Brzmiało obiecująco. Potem wciągnęłam się w „Andaluzyjskiego przyjaciela” niemalże tak bardzo, jak w „Ojca chrzestnego” Mario Puzo. Wiecie, klimaty mafijne, porachunki, trochę miłości w tle. W czasie lektury miałam kilka takich momentów, kiedy zastanawiałam się, czy nie odłożyć książki na bok. Odkładałam ją więc, żeby do niej niedługo potem wracać, bo chociaż chwilami coś mi w niej nie grało, to akcja była w sumie wciągająca.

Główna bohaterka to samotna matka, pielęgniarka Sophie Brinkmann, która w pracy poznaje mafioso Hectora Guzmana, zakochuje się w nim (banał), a potem standardowo okazuje się, że jej ukochany to typowy niegrzeczny chłopiec, a jej szczęściu – i życiu – grozi niebezpieczeństwo.

Mamy porachunki gangów, korupcję i manipulację, do tego grupkę policjantów, którzy próbują zinfiltrować obie organizacje przestępcze (chyba nie muszę mówić, z jakim skutkiem?)… To wszystko składa się na natłok bohaterów, w których łatwo się pogubić. Na nasze szczęście, a ich pecha, sukcesywnie się wybijają, więc mamy mniej imion do ogarniania 😉

Nie wiem, czy to wina tego, że jestem kobietą, czy może miałam taki okres w życiu, ale książka – jak to się mówi kolokwialnie – dupy mi nie urwała. Szkoda, bo z reguły nie zawodziłam się na „Czarnej Serii”. Może po prostu miałam zbyt wygórowane oczekiwania wobec Soderberga?

Nie lubię pisać negatywnie o książkach i pastwić się nad nimi, więc najlepiej przekonajcie się sami, czy „Andaluzyjski przyjaciel” jest dla Was. Może Wam ten tytuł będzie bardziej odpowiadał, niż mnie – w końcu każdej książce należy się szansa (co oznacza, że jest możliwe, że w mojej upartości kiedyś wrócę do serii o Sophie Brinkmann!).

Karolina Furyk


 

John O’Farrell „Mężczyzna, który zapomniał o swojej żonie”

IMG_5378

Kilka miesięcy temu stałam na poczcie w przydługiej kolejce. Moją uwagę zwróciły – a jakże – książki wystawione obok okienek pocztowych. Pierwsza przyciągnęła ją ta właśnie książka. Dosyć słodka okładka, ale nie przesłodzona, trochę retro (nie wiem, skąd mam takie skojarzenie!). Urocza, tak chyba można ją nazwać. I ten tytuł.

No bez jaj. MUSIAŁAM ją przeczytać.

Moja ciekawość została pobudzona prawie tak bardzo jak moje ślinianki po trudnej wspinaczce górskiej (a musicie wiedzieć, że wiele lat temu przy takiej okazji zasnęłam na bufecie w schronisku w oczekiwaniu na kiełbaskę, ale stanowiska nie opuściłam, hahaha). Nie miałam jednak przy sobie ani grosza na książkę, więc trudno, odpuściłam.

Niedawno nawiązałam współpracę z siecią księgarń Tak Czytam. Wchodzę więc do zaprzyjaźnionej księgarni po pierwszy zestaw do recenzji i co widzę? „Mężczyznę, który zapomniał o swojej żonie!”. Tak właśnie pozycja ta znalazła się w mojej kolekcji jako Must Read 🙂

Dwie pierwsze książki zdobyte w ramach współpracy recenzenckiej z Tak Czytam – recenzje kolejnych już wkrótce!

Czytałam ją wszędzie, gdzie się dało. W domu, w podróży, na Runmageddonie. I nie mogłam się oderwać. Bawiła mnie jak mało która komedia!

Akcja powieści rozpoczyna się jesiennego popołudnia w metrze. Pewien mężczyzna nagle zapomniał, kim jest, dokąd jedzie, skąd jedzie, po co gdzieś w ogóle jedzie, nawet jak się nazywa – w jego mózgu nastąpił totalny reset. Takie mózgowe pudełko nicości, w którym utknął główny bohater. No bo wyobraźcie sobie – wokół Was jest masa ludzi, a Wy czujecie się najbardziej samotni na świecie i do tego jak idioci, bo nie potraficie nikomu wytłumaczyć, co się z Wami dzieje. Można się przerazić, co? No właśnie.

Po jakimś czasie okazuje się, że zagubiony mężczyzna to Vaughan, mąż (w trakcie rozwodu) i ojciec. Jawi się jako mężczyzna racjonalnie myślący, posiadający fenomenalne poczucie humoru i dystans do siebie i świata, a przy tym okazuje się, że przed utratą pamięci był zupełnie kimś innym: mężem i ojcem cierpiącym na tzw. tumiwisizm stosowany.

Tu następuje moje główne przemyślenie – czy utrata pamięci była dla niego błogosławieństwem czy przekleństwem? Wydaje mi się, że to pierwsze. Vaughan na nowo poznaje swoją rodzinę, przyjaciół, całe swoje życie. Zakochuje się w Maddy, swojej żonie, od pierwszego (dobre sobie!) wejrzenia, stara się być wzorowym ojcem, synem i przyjacielem – po prostu dobrym człowiekiem. I wiecie co? Nawet mu to wychodzi.

Jak skończy się ta historia? Łatwo to przewidzieć, ale nie zmienia to faktu, że zanim zdąży Was to zirytować, „połkniecie” tę pozycję w ekspresowym tempie.

„Mężczyzna, który zapomniał o swojej żonie” jest z pozoru lekką książką do poduszki, jednak nie tak łatwo przestać o niej myśleć. Zastanawiamy się nad sensem życia, związków, miłości każdego rodzaju, tej do małżonka, dzieci, rodziców i przyjaciół. Ba, nawet do psa! I myślimy, co by było, gdyby nas dotknęła taka fuga, jaka stałą się udziałem Vaughana.

Naprawdę gorąco, gorąco, GORĄCO polecam Wam książkę Johna O’Farrella. Niech Was skusi tak, jak skusiła mnie.

Karolina Furyk


 

e275_max

REBECCA GABLE – BRACIA HIOBA

Książka zabiera czytelnika we wspaniałą epicką podróż do ogarniętej wojną domową XII-wiecznej Anglii. Tam zaczynamy śledzić losy grupy wyrzutków i „dziwolągów” uwięzionych przez mnichów na skalistej wyspie. Są wśród nich arystokraci, chorzy, upośledzeni, przestępcy, a nawet bracia syjamscy. Połączył ich wspólny tragiczny los i walka o przetrwanie. Każdy z bohaterów skrywa jakąś mroczną tajemnicę, ale by uciec z wyspy, która stała się ich więzieniem muszą połączyć siły i na nowo odnaleźć swoje miejsce w świecie, który już raz ich odrzucił i tak okrutnie się z nimi obszedł. Wszystko to wpisane jest burzliwy okres wojny domowej między cesarzową Matyldą a Stefanem z Blois, w który to konflikt wplecione zostają również losy głównych bohaterów. W książce nie brakuje więc pełnej napięcia akcji, intryg, spotkań na bitewnych polach oraz miłosnych uniesień, a wszystko na tle niezwykle ciekawej i malowniczej panoramy średniowiecznej Anglii.
Zachęcamy na blisko 900 stron literackiej uczty.


 

352x500

Jak być dobrą matką będąc złą córką? Jak poradzić sobie z odejściem własnej matki gdy samemu zostaje się matką? O skomplikowanej relacji matka-córka.

Fabuła: Louise jest w ciąży. Jej matka w tym samym czasie umiera na raka. Dziewczyna nie wie jak sobie poradzi oraz czy będzie dobrą matką. Czy można być dobrą matką gdy się nie miało przykładu od własnej mamy? Louise niedługo się przekona. Jej matka zawsze była nieodpowiedzialna, lekkomyślna i niedojrzała. Jednak jednocześnie była pełna uroku i piękna. Dodatkowo uzależniona od narkotyków, które zawsze były ważniejsze. Louise zawsze była pionkiem w grze matki. Choroba sprawiła, że Alice i jej córka zbliżyły się do siebie. Czy można naprawić jeszcze tak toksyczny związek? Pablo jest mężem Louise. Widać, że mężczyzna bardzo ją kocha mimo, że pojawia się tylko w tle. Dziewczyną targają bardzo silne emocje jednak mąż to wytrzymuje. Młoda matka długo zastanawia się czy mówić przyszłej babci, że na świat niedługo przyjdzie jej wnuczka. Louise bardzo boi się czy ona będzie dobrą matką dla swojej córki. Czy ona podoła rodzicielstwu. Gdy nadchodzi śmierć matki dziewczyna kompletnie się rozsypuje. Louise czuje się złą córką bo nie robią na niej wrażenia kolejne przeżuty oraz zerowe szanse na wyleczenie. Jednak czytają tę relacje widzimy jak bardzo kobieta jest skrzywdzona przez życie i jak bardzo potrzebuje akceptacji córki.

Moja opinia: Książkę pochłonęłam w parę godzin. Mimo bardzo trudnej tematyki czyta się ją bardzo szybko. Zachwyciła mnie również okładka i jej chropowata faktura. Taka sama jest w „Żonie potwora”. Żeby zrozumieć tę pozycje trzeba być albo bardzo mądrym i doświadczonym człowiekiem, albo przeżyć coś podobnego. W nie jednym domu relacja matka-córka jest bardzo toksyczna. Nie jedna córka czuje się „złą córką”. Najbardziej zafascynowała mnie pierwszoosobowa narracja. Jednak nie pamiętnik, a myśli głównej bohaterki. Widzimy wszystko z perspektywy myśli Louise. Lubię trudną tematykę i dlatego pewnie mnie zafascynowała ta książka. Lecz nie tylko. Chyba najbardziej w niej podoba mi się schemat myślowy. Jest taki prawdziwy. W jedna myśl zaprzecza drugiej. W jednej chwili kocha matkę, a w drugiej nie przejmuje się jej przerzutami. Przecież każdy doświadczony i zraniony człowiek tak ma. Zdecydowanie doświadczone osoby odnajdą siebie w tej książce.

 

Recenzja z zaprzyjaźnionego blogu: http://lottaczyta.blox.pl/


filopotter-211x300

 

Jak powiedział Michel de Montaigne, „Istnieje więcej książek o innych książkach niż o wszystkich innych rzeczach”. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale z pewnością książki o książkach mają w sobie pewną magię. A jeśli w grę wchodzą czarodzieje i równie tajemnicza filozofia, to robi się naprawdę ciekawie.

Jørgen Gaare i Øystein Sjaastad w swojej książce odsłaniają przed nami to, co Joanne K. Rowling – świadomie lub nie – w mniej lub bardziej magiczny sposób przemyciła w swoich powieściach o nastoletnim czarodzieju. Ba – nawet nie zawsze jest to związane stricte z taką filozofią, o jakiej myślimy.

Bo ile wspólnego ma Ministerstwo Magii i Unia Europejska? Co jeszcze na temat tego ministerstwa powiedziałby Max Weber? Czy Voldemort przypomina Hitlera? A może Hermiona Granger ma w sobie coś z Lenina?

Gaare i Sjaastad powoli uchylają rąbka tajemnicy i podają odpowiedzi nie tylko na postawione wyżej przeze mnie pytania, ale i na wiele innych. Miłośnicy teorii spiskowych i „ciemnej strony mocy” dowiedzą się także, gdzie w serii pojawia się (lub i nie) osławiona liczba 666 😉 oraz czy Harry ma coś wspólnego z Jezusem poza równą liczba liter w imieniu.

Zarówno dla miłośników, jak i przeciwników Pottera książka ta stanowi pozycję obowiązkową. Ci pierwsi odkryją dzięki niej być może zupełnie nową opowieść, zapisaną między wierszami wielotomowej sagi. Ci drudzy natomiast będą mogli skonfrontować swoje argumenty z tymi przytaczanymi przez dwójkę współczesnych filozofów i tabun ich poprzedników. Dla mnie osobiście była to fascynująca podróż w (nie)znany świat Hogwartu, pozwalająca z innej perspektywy spojrzeć na pewne wydarzenia.

Recenzja z zaprzyjaźnionego blogu: http://www.3telnik.pl


 

Firma-John-Grisham-210x300

 

Jeśli książka jest fantastyczna, autor może po cichu liczyć na powstanie filmu na jej podstawie. Czasem zamisst filmu w grę wchodzi serial i taka sytuacja też stanowi dowód uznania. Ale jeśli na podstawie powieści nakręcono zarówno film, jak i serial – to (jak mawiają) „wiedz, że coś się dzieje”. Tak właśnie było w przypadku „Firmy” Johna Grishama.
A trzeba przyznać, że w książce dzieje się – i to wiele! Młody, kończący właśnie studia prawnik – Mitch McDeere – otrzymuje niezwykle intratną propozycję od pewnej firmy z Memphis. Mitch miałby zajmować się sprawami podatkowymi, w zamian otrzyma co miesiąc sporą sumkę, do tego niezły model BMW i dom z niskim zastawem hipotecznym. Trudno mu się dziwić, że korzysta z oferty.

Wkrótce jednak okazuje się, że należała ona do gatunku tych „nie do odrzucenia”, a jego prawdziwi pracodawcy niewiele różnią się od uwielbiającego takie propozycje Dona Corleone. Na dodatek Mitcha zaczyna nękać FBI, próbujące przeciągnąć go na swoją stronę i namówić na wspólne rozbicie mafii od środka.

Postać McDeere’a początkowo odzwierciedla być może większość świeżo upieczonych prawników (lub ich stereotyp) – młodzi, ambitni, liczący wreszcie na wielką kasę po latach żmudnego zakuwania. Z biegiem czasu jednak Mitch dorasta, zaczyna inaczej postrzegać swoją rodzinę, staje się też mądrzejszy i sprytniejszy. Przyjemnie jest obserwować przemianę tego bohatera, nawet jeśli towarzyszą jej wyrachowanie, strach i wyścig z czasem.

I mimo, że Grisham napisał „Firmę” w 1991 roku, a do Polski trafiła dwa lata później, wcale nie straciła na znaczeniu. A może nawet zyskała na aktualności, bo nierzadko słyszymy o firmach-słupach i machlojkach związanych z rajami podatkowymi…

 

Recenzja z zaprzyjaźnionego blogu: http://www.3telnik.pl

 

Więcej recenzji:

„Ziemniaki” – Weltbild

„Amerykanin. Niezwykle skryty dżentelmen” – Martin Booth

„Ostatnia czerwona śmierć” – Paul Johnston

„Zamek w Pirenejach” – Jostein Gaarder

„Przyjaciele z podwórka” – Stefan Todorski

„Samouczek języka angielskiego dla średnio zaawansowanych” – Buchmann

„Gra” – Anders de la Motte

„Znak” – Raymond Khoury

„Wesoła kuchnia. Wierszyki dla dzieci” – Elżbieta Śnieżkowska-Bielak

„Spirala zdrady” – Carsten Stroud

„[buzz]” – Anders de la Motte

„Desery domowe” – Magdalena Kudzia