Żywa książka
„Mól” – Żywa książka, Rozdział 24 – Opole
5 listopada 2015
0

W nagłym błysku olśnienia pojął, co się z nim dzieje. To nie był jego świat. Ten szpital, ta śpiączka, to przebudzenie, ta ucieczka, ten Seba, to ciało… Spojrzał na swoje dłonie, które ilekroć przywoływał je w pamięci, były pulchne, jako że nigdy nie odmawiał sobie kaszy suto okraszonej skwarkami i naleśników z dżemem, nawet późnym wieczorem. Wydawały się należeć raczej do strudzonego życiem pracownika fabryki niż chłopca, za którego się uważał. Były mocno opalone, wielkie jak bochny chleba i pełne wypukłych żył. Ociepka zrobił szybki przegląd osób o podobnych dłoniach. Zdziwiło go, jak wiele skojarzeń mógł przywołać i jak szerokim ich spektrum dysponował. Miał wrażenie jakby niemal widział potencjalne życia człowieka, w którego ciele tymczasowo przebywa.

To jest inny wymiar. Albo alternatywna rzeczywistość. Albo sen. Albo przyszłość, bo przeszłość raczej nie. A może – przemknęło przez myśl Ociepce – to tylko zwykła powieść ze zwykłych słów pisana na klawiaturze listopadowym wieczorem? W jakimś sensie on – Bronisław Ociepka – przeniósł się między wymiarami. Nie wiedział skąd spłynęła na niego ta iluminacja, po prostu WIEDZIAŁ, jak wie się, że jutro rano wstanie słońce, wokół którego wbrew zdrowemu rozsądkowi krąży ziemia. Pewność skupiona jak wiązka światła nieomal wyrwała go z fizycznej powłoki. Kolory wyostrzyły się i przesłodziły jak AMOLEDy Samsunga, Bronek miał wrażenie, że widzi zarówno każdy liść z osobna, jak i wszystkie razem tańczące w pulsującej harmonii istnienia. Po chwili delektowania się tym uczuciem postanowił sprawdzić do jakiego stopnia włada rzeczywistością, w której przebywa. Obrócił się w stronę Sebka i spojrzał mu głęboko w oczy. Na twarzy skacowanego amatora Bieszczad malowało się niezrozumienie.

– Zniknij zjawo – wypowiedział ochrypłym głosem.

– Hę? O co Ci chodzi stary, uciekłeś z jakiegoś domu wariatów? Masz bzika, tak? No to świetnie, teraz już na pewno się stąd… – I nagle zaczął się rozklejać, jakby zrobiony był z waty cukrowej zjadanej przez niewidzialne dzieci.

– Hej zaraz, co się dzieje, ja zni… – Seba wyparował.

Ociepka uśmiechnął się, a w uśmiechu tym objawiła się Wola. Zmrużył oczy i spojrzał na staruszkę wpatrującą się w ognisko. Powoli ruszył w jej stronę. Nie odwróciła się, gdy podszedł bliżej, choć wiedział, że słyszała każdy jego krok.

– Nie musisz nic mówić, czuję, że przebudziłeś się już ze snu. Tak, to nie ostatni etap twojej podróży, ale poczyniłeś wielkie postępy. Martwiliśmy się, że już nie obudzisz się ze śpiączki, ale twoja istota jest silna – powiedziała staruszka. – Teraz możesz wrócić do swoich przyjaciół, ale czeka cię jeszcze jedno spotkanie. Ktoś od dawna szepta ci pewne imię, prawda?

 

***

Obudził się. Znowu. Znajdował się w jakimś bliżej nieokreślonym czasie i miejscu. Jego spojrzenie obejmowało srebrne pagórki, które ciągnęły się aż po horyzont. Wibrowały na nich jakieś istoty, mieszkańcy tej osobliwej przestrzeni. Nie miały ciał, były duchami o nieokreślonych kształtach. Nieprzerwanie wypuszczały z siebie tęczowe chmurki, wydając przy tym radosne, bzyczące odgłosy. – Tak oddychają – pomyślał Ociepka – chociaż to oddech dalece bardziej subtelny niż ludzki. Nie zdziwiło go, że tutaj, w tej przestrzeni wibracji, sam także nie posiada ciała. Był patrzeniem obejmującym swoją obserwacją wszystko przed sobą, czuł się jak jedno skupione oko.

Po chwili coś nawiązało z nim kontakt. Nie jest to najwłaściwsze określenie. W zasadzie było to tak, jakby coś wypełniło go swoją obecnością, przenikając do samego szpiku… hm, ducha? Istota, która się w nim pojawiła natychmiast przekazała mu myślokształt – cichą radość, która przybrała formę fioletowych, falujących firanek. To było przywitanie.